Reklama
Reklama

Dlaczego ruch "body positive" ma na nas... ZŁY wpływ?

Dlaczego ruch "body positive" ma na nas... ZŁY wpływ? fot. iStock

Anna Mierzejewska

04kwietnia2018

Istnieją aż cztery powody...

Zanim zaczniecie wieszać na mnie psy, przeczytajcie, o co mi chodzi. Refleksje te naszły mnie bowiem ostatnio, gdy po raz kolejny przeglądałam instagramowy news feed. Znajdują się na nim profile osób, które sama dobrowolnie zaobserwowałam, a ich kolejność usankcjonowana jest poprzez algorytm, który dostosowuje się do moich preferencji - jako pierwsze wyświetla mi się to, co najbardziej mnie interesuje (a Instagram wylicza to na podstawie wcześniejszych aktywności). 

 

A zatem przejrzałam nowości w zakresie postów swoich znajomych, a także selfie-feministek, które obserwuję, modelek plus-size, aktorek, muzyków i przedstawicielek ruchu BODY-POSITIVE. I to o tych ostatnich chciałabym dzisiaj z Wami porozmawiać. A raczej zapoczątkować jakiś dialog. Zakładam bowiem, że możecie się ze mną nie zgodzić (a o braku zgody też mówię już teraz, bo i on będzie przedmiotem moich rozważań).

 

Zacznę od tego, że o ile posty dziewczyn, które odważnie rezygnują z depilacji czy ukrywania rozstępów lub cellulitu napawają mnie optymizmem, że być może już niedługo świat stanie się piękniejszym miejscem, a jeśli nie, to chociaż takim, w którym KAŻDA z nas będzie mogła wyglądać dokładnie TAK JAK CHCE. O tyle, piękne dziewczyny, które pozują bez grama makijażu do tak zwanego "sad selfie", zaznaczając, że właśnie wyzwoliły się od obowiązujących kanonów i standardów, i równocześnie zdecydowały się wspaniałomyślnie nakłaniać do tego także innych, zwyczajnie mnie nie przekonują. 

 

Bo kochane, wy wciąż właśnie w te kanony idealnie się wpisujecie. Co więcej, wcale nie leczycie kompleksów swoich obserwatorek, pokazując nieskazitelną skórę bez grama makijażu, tylko raczej je na nowo wyzwalacie. 

 

Co również istotne (i najbardziej w tym wszystkim pozbawione logiki), to właśnie zdjęcia tych pięknych kobiet zyskują w sieci wciąż największą popularność. Nieogolone pachy zaś - albo zostaną pochwalone "za odwagę", albo napotkają na swojej drodze masę wulgarnej krytyki, której fragmentów nawet nie będę tutaj cytować, bo się zwyczajnie wstydzę, że jedna kobieta może inną skomentować takimi słowami. 

 

Po drugie, środowisko body-positive wydaje mi się być bardzo... hermetyczne. Co mam na myśli? Otóż to, że wiele kobiet nazywających siebie jego przedstawicielkami, ma określone poglądy. Mówią także o sobie, że są feministkami. Z założenia więc dbają o kobiety, dbają o to, byśmy miały swoje prawa. Głoszą bowiem, że każda z nas ma prawo do robienia dokładnie TEGO, na co ma ochotę. I to są piękne sformułowania, z którymi się zgadzam. Obserwując jednak niektóre profile, wcale nie widzę, aby ich właścicielki dawały temu wyraz. Zakładają raczej, że to one znają tę jedną, prawdziwą definicję feminizmu! A gdy ktoś się z nią nie zgadza, nie ma prawa nazywać siebie feministką. Według mnie, osobiście, jest to krzywdzące, ponieważ rozumiem to nieco inaczej. Zakładając, że każdy może mieć swoje zdanie, nie tylko powinniśmy bronić swojego prawa do jego wyrażania, ale także dawać to prawo innym, a zatem szanować również poglądy tych, którzy najzwyczajniej w świecie znajdują się po drugiej stronie barykady.

 

 

Po trzecie, skoro KAŻDA Z NAS MOŻE ROBIĆ CO CHCE, może również CHCIEĆ SCHUDNĄĆ i pozbyć się cellulitu, jeśli tylko ma na to ochotę, i to z tych pobudek, które są nam bliskie. Mówienie, że potrzeba przypodobania się mężczyźnie jest zaprzeczeniem feminizmu, wpisuje się idealnie w mowę nienawiści! I jest też ocenianiem, które podobno jest zwalczane przez kobiety walczące w "body positive movement". 

 

Mam wrażenie, że w którymś momencie walczyć zaczęliśmy w niesłusznym celu. I co istotniejsze nawzajem ze sobą. Kobiety przeciwko kobietom. Nie walczymy o własne ciała, bo nie walczymy o siebie nawzajem. Dajemy prawo kobietom, by przestały o siebie dbać, równocześnie szykanując te, które wciąż zamierzają to robić. Zapominamy, że jedne i drugie z nich są piękne i mają pełne prawo do wyboru swojego stylu życia i tego, jak chcą wyglądać. Nie ma nic złego w tym, że "ubierasz się dla siebie, a nie dla facetów", ale nikt też nie powinien cię oceniać, jeśli założyłaś krótką sukienkę, bo wiesz, że twój mąż cię w niej uwielbia.  

 

W "body positive movement", jak sama nazwa wskazuje, ma chodzić o pozytywny obraz ciała.  O to byśmy wszystko, co nasze, a zatem nienarzucone przez świat zewnętrzny czy owe kanony, o których tyle się mówi, traktowały jako pozytywne. 

 

Czy jesteśmy w stanie to zrobić? Zawalczyć?

 

l
Reklama
Jeżeli możesz odhaczyć punkty z tej...
Jeżeli możesz odhaczyć punkty z tej listy, mamy dla ciebie złą informację...   Wszystkie zdjęcia: iStock

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama