Reklama
Reklama

Czy w życiu jest coś ważniejszego niż szczęście?

Czy w życiu jest coś ważniejszego niż szczęście? fot. istock.com

Singielka w wielkim mieście

Czasami musi wiele wody upłynąć, zanim dwoje ludzi dostanie swoją szansę. I chociażby dlatego uważam, że nie ma w życiu niczego ważniejszego od szczęścia. Albo cierpliwości, by na tę okazję spokojnie zaczekać. Skąd to wiem? Z własnego doświadczenia.

Kiedy pisałam pierwszy felieton „Singielki”, obiecałam sobie, że postawię kropki w odpowiednich miejscach i zacznę nowy rok na świeżych kartach. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Tyle tylko, że nie przewidziałam, iż los postanowi, by ta moja nowa historia odbyła się przy udziale starych bohaterów. I nie chodzi mi wcale o eks…

Janka poznałam 12 lat temu na wakacjach.

Spotkaliśmy się przypadkiem na jednym z bałtyckich deptaków. I chociaż mieliśmy dla siebie tylko trzy dni, to spotkanie na długo zapadło w mojej pamięci. Byliśmy wówczas nastolatkami, więc motyle w brzuchu pojawiły się szybko. Niestety w pozawakacyjnej rzeczywistości dzieliło nas blisko 400 kilometrów, a taka odległość w tak młodym wieku miażdży każdą znajomość. Tak też się stało, mimo rozwiniętej już technologii (dla niedinozaurów: Gadu-Gadu, Nasza Klasa). Myślisz, że spotkaliśmy się w złym miejscu i czasie? Być może, ale dostaliśmy niedawno drugą szansę.

Jak do tego doszło?

Jasiu odezwał się do mnie na Instagramie. Ot tak, jakby ostatniej dekady w ogóle nie było i dość prędko zaproponował spotkanie po latach. Od razu wiedziałam, że – bardziej niż wspominać te trzy pamiętne dni – będziemy po prostu się poznawać, mówiąc krótko, szykowałam się na randkę. Jedna, druga, trzecia… i mimo że każde nasze rendez-vous należało do udanych, bo i tematy były, i chemia się pojawiła, jakoś tak nagle… Pstryk, iskierka zgasła. Co się wydarzyło? Nic. A przynajmniej nic, na co bym do tej pory wpadła. Jak więc sobie to tłumaczę? Należę do pokolenia, które nie potrafi walczyć o relacje. W końcu nie ten/ta to inny/inna, prawda? Ale bądźmy szczere, nie tak to powinno wyglądać.

Czasami żałuję, że nie urodziłam się sto lat wcześniej.

W momencie gdy miłość była nadrzędną wartością. Kiedy ludzie nie prowadzili ze sobą gierek, kiedy serce oddawało się raz, na prawdziwe zawsze i przede wszystkim, gdy się coś psuło, szukało się rozwiązań. Tutaj niby wszystko grało jedną melodię, ale żadne z nas nie pokusiło się, by nadać jej odpowiednie tempo. W tej chwili mamy kontakt, ale sama będę szczerze zaskoczona, jeśli w kolejnym numerze, będę pisać kontynuację tej historii... Ale, we will see. Wiesz, co jest najbardziej zabawne?

W moim życiu albo nie ma nikogo, albo od razu mogę zakładać męski harem. Los nie zawiódł mnie i tym razem, a więc poza Jankiem na horyzoncie pojawił się Bartek. A gdyby tego było mało, kolejnego kandydata znam... 11 lat. Różnica? Z drugim panem łączy mnie przyjaźń. I daję słowo, że gdy zorientowałam się, że nie tylko o koleżeństwo może nam chodzić, czułam się, jakbym właśnie odkrywała Amerykę.

Aktualnie trochę randkujemy, choć i w tym wypadku nie ma jasnych granic. Postanowiłam to jednak zmienić i zakomunikowałam mu, że chcę wiedzieć, czy płyniemy w tym samym kierunku. Czy zrobiłam dobrze? Się okaże.

Jedni mówią, że faceci nie lubią, jak każe się im określać, inni, że postawienie sprawy jasno, wstrząsa nimi i otwiera oczy.

Ale o tym już w kolejnym felietonie, więc może trzymaj kciuki. Na koniec chciałam przytoczyć ci jeszcze dwie historie czytelniczek – Marianny R. i Karoliny G.

Pierwsza singielka opowiedziała mi swoją historię, którą początkowo można by pomylić z bajką...

Tyle tylko, że bez happy endu. Konkrety? Księżniczka i książę żyli razem od wielu lat. Mieli wspólne pasje, plany i grono przyjaciół. Gdzie jest haczyk? W dojrzewaniu. A ściślej rzecz ujmując, w tym że jedno zostało nieco w tyle, podczas gdy drugie wybiło się do przodu. I tak właśnie brzmi przepis na zakończenie ośmioletniego związku. Choć od zerwania minął rok, Marianna nie przestała tęsknić. Pytanie tylko, za czym? Za przyjaźnią? Za obecnością? Za wyobrażeniami? Myślę, że wszystko naraz. Zastanawiasz się, czy powinna do niego wrócić? Ja wierzę, że ludzie się zmieniają. Pamiętaj jednak, że to oznacza, że i ona nie jest już tą samą osobą. Czy można zatem zagrać to jeszcze raz? W ostatnim felietonie pisałam, że nie warto wracać do eks, choć nie zawsze „zejście się” musi oznaczać tragedię. Sugeruję ci jednak, Marianno, byś rozejrzała się porządnie dookoła, otworzyła na świeże relacje i poczekała, co przyniesie życie. W końcu to, że wszystko wykręciło się na drugą stronę, nie jest gwarancją czegoś gorszego. Tam gdzie się coś kończy, otwiera się przecież coś nowego. Kojarzysz taki cytat – z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz? Założę się, że tak, zresztą tak jak Karolina. Moja czytelniczka zwierzyła mi się, że jej przyjaciel kochał się w niej przez wiele lat, ale ona była obojętna na jego zaloty. No i później, jak to w życiu zazwyczaj bywa, role się odwróciły... Aktualnie jej królewicz jest singlem, któremu odpowiada taki stan rzeczy. Co jej poradziłam? Dałam jej uniwersalną radę, którą sama przed maturą dostałam od mojej siostry. Miej wyje*ane, a będzie ci dane. Niełatwe, ale podobno skuteczne. W kontakcie.

A może chcesz podzielić się ze mną swoją historią z cyklu „poszukiwania miłości”? Napisz do mnie na cosmo@cosmo.pl. Chętnie przeczytam i przekażę innym #cosmogirls!

l
Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama