Reklama
Reklama

Dlaczego tak ważny jest dla nas rozmiar ciuchów?

Dlaczego tak ważny jest dla nas rozmiar ciuchów? fot. istock.com

Patrzysz na metkę, kiedy kupujesz sobie ubrania? No i?

Czy robi ci się słabo, kiedy okazuje się, że pasuje na ciebie 42 (a nosisz 38)? I jesteś szczęśliwa, gdy wciśniesz się w 34 (choć nosisz 38). Ciekawe dlaczego…

Kiedy miałam 12 lat, mama wzięła mnie na bok i spokojnie wytłumaczyła, że zawsze będę musiała kupować ubrania w nieco większym rozmiarze, niż moje koleżanki. Bo po prostu jestem większa. Tak jak i inne kobiety w naszej rodzinie. Mam 180 cm wzrostu i noszę rozmiar 46. I być może, gdyby nie ta rozmowa z mamą, czułabym się strasznie. Bo zdaniem wielu kobiet, konkretne rozmiary wiążą się z konkretnym zestawem cech. Na przykład dziewczyny o rozmiarze 46, są postrzegane jako pewne siebie i wiecznie uśmiechnięte. Ze słabością do mody w stylu lat 50., eyelinerów, obfitych fryzur i... domowych wypieków. Całkiem przypadkiem – ten opis nieźle do mnie pasuje. Kiedy zrobiłam ankietę na forum kobiecym i spytałam, czy rozmiar ciuchów jest zlinkowany z osobowością, okazało się, że wiele z nas w to wierzy. I tak... kobiety o rozmiarze 38 zwykle są nerwowe, te, co noszą 40 – robią karierę. 44 oznacza udany związek, a 48 – wspaniałe życie towarzyskie. Logicznie rzecz biorąc, to nielogiczne, ale z drugiej strony – na moją ankietę odpowiedziało ponad 100 kobiet i większość z nich z przekonaniem pisało, że rozmiar ma wpływ na to, jak postrzegają innych i siebie.

To tylko numer?

To w sumie dziwne, że definiujemy siebie i innych przez dwie cyferki, które widnieją na metce. Niektóre kobiety rzeczywiście bardzo emocjonalnie podchodzą do tych cyferek – przyznaje Sam Tomlin, z agencji modelek Models of Diversity, która stara się poszerzyć wachlarz rozmiarów i kształtów, jakie lansuje przemysł modowy. – Kiedyś obcinałam wszystkie metki, na których było 44, bo nie mogłam znieść myśli, że nie jestem 42 – zwierza się. – Teraz w ogóle nie patrzę na numerki, sprawdzam, czy ciuch dobrze na mnie leży czy nie. Niestety, nie każda z nas osiągnęła spokój Zen w tej kwestii. Coś o tym wie Agata, właścicielka butiku, w którym są ubrania z różnych stron świata, więc też rozmiarówka jest różna. – Muszę tłumaczyć dziewczynom, że rozmiary się różnią – opowiada. – Francuskie 38 to na przykład niemieckie 40. Ale niektóre klientki i tak reagują wręcz histerycznie, gdy okazuje się, że nie mieszczą się w rozmiar, do którego są przyzwyczajone. I dodaje, że wcale jej nie dziwi moda „vanity-sizing”: są fi rmy, które celowo obniżyły rozmiary, żeby zaspokoić naszą próżność. Bo chętniej sięgamy po kartę kredytową, kiedy widzimy mniejszą liczbę na metce, nawet jeśli nasze kształty wcale się nie zmieniły. Smutne, ale prawdziwe.

Czy rozmiar ma znaczenie?

A poza tym... to też męczące. Bo w różnych sklepach mamy różne rozmiary. Pojawiły się nawet głosy, żeby jakoś nad tym zapanować i wprowadzić odgórne przepisy dla producentów odzieży. Okazało się to jednak niemożliwe. – Nie możemy mieć standardowych rozmiarów, bo kobiety są niestandardowe – podkreśla Caryn Franklin, aktywistka, współzałożycielka grupy All Walks Beyond the Catwalk (która między innymi wprowadziła do niektórych sklepów manekiny w rozmiarze 46). – Na przykład Topshop szyje przede wszystkim dla młodych kobiet. Są one inaczej zbudowane, nawet jeśli ważą tyle samo, co klientki sklepów z ciuchami dla pań 30+, 40+. Ciąża i wiek sprawiają, że talia się poszerza, biust obniża, brzuch zaczyna wystawać... Nie ma więc co walczyć o zmianę metek. Trzeba zawalczyć o nasze nastawienie do metek. I do tego, jak określa się kobiety większe. Na przykład „Plus Size” – dla niektórych brzmi pozytywnie, inni uważają, że słowo „plus” oznacza, że czegoś jest za dużo. Kiedy poruszyłam temat na Twitterze, okazało się, że kobiety z drugiego końca skali też cierpią. – Moja figura w ostatnich latach nie zmieniła się – mówi 28-letnia Sarah. – Ale kiedyś kupowałam ubrania 36-38, a teraz 34-36, a nawet 32-34. To jest rozmiar, który rzadko jest na wieszakach, więc coraz częściej kupuję przez internet.

Jakie jest rozwiązanie?

Może takie, jakie próbuje wprowadzić firma Asos, która sprzedaje ciuchy przez internet i ma rozmiary od 32 do 58. Ostatnio zainicjowała projekt Size Asos. Zeskanowano sylwetki klientek, żeby designerzy mogli zorientować się, jakie są potrzeby kobiet i do tego dostosują swoje projekty. W przyszłości body-scanning może zrobić furorę. Będziemy wchodzić na stronę sklepu, przesyłać nasz specyficzny rozmiar za pomocą smartphone’a i dostaniemy propozycje produktów dopasowanych do naszego typu figury. – W ten sposób można by w ogóle ominąć kwestię rozmiarówki – wierzy Caryn Franklin. – I firmy ciuchowe zaczęłyby myśleć nad jakimś innym systemem niż cyferki na metkach. Ale zanim to się nie stanie, musimy same zadbać o siebie. Podczas pisania tego tekstu, wiele razy słyszałam zdanie: „Nawet jeśli jakieś ubranie jest piękne i pasuje na mnie, ale na metce widnieje większy rozmiar niż zwykle noszę, rezygnuję z zakupu”. I tak też: „Gdy wcisnę się w mniejszy rozmiar, traktuję to jako komplement, tracę czujność i kupuję sukienkę, nawet jeśli nie jest dla mnie idealna”. Idiotyczne, prawda? Czas uwolnić się od cyferek, jakie masowi producenci drukują na metkach. Każda kobieta jest niepowtarzalna i żadne 34 ani 44 jej nie definiuje..

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama