Reklama
Reklama

Czy można znaleźć faceta (fajnego faceta) w sieci?

Czy można znaleźć faceta (fajnego faceta) w sieci? fot. istock.com

Laura myślała, że zakochała się w mężczyźnie, z którym flirtowała w sieci. Spotkali się w realu... Była zachwycona...

Dopiero po kilku miesiącach zorientowała się, że ten intensywny internetowy romans był iluzją.

Miłość w sieci – od czego się zaczyna?

„Kochana Lauro, twój artykuł o randkowaniu na trzeźwo niesamowicie mnie poruszył. Dziękuję ci za niego” – tak właśnie Iwo (imię zmienione) zaczął maila do mnie. Nie pierwszy raz nieznajomy mężczyzna próbował mnie zaczepić, pisząc na służbową skrzynkę. Pierwszy raz jednak postanowiłam mu odpowiedzieć. Wyguglałam Iwo i odkryłam, że jest superprzystojny. I odpisałam mu. Tak to się zaczęło. Pisaliśmy do siebie kilka razy dziennie. Czasem na banalne tematy („przesyłam zdjęcie mojego seksownego omletu”). Czasem na poważnie („najbardziej boję się umrzeć w samotności”). On mieszkał w Kanadzie, ja w Kalifornii. Był kilka lat młodszy, ale mieliśmy dużo wspólnego. Wkrótce dodaliśmy do repertuaru SMS-y i wielogodzinne rozmowy przez Skype’a. W ciągu miesiąca ton tych rozmów zmienił się z flirtującego na romantyczny. „Wyjdź za mnie” – tak Iwo odpowiedział na moje wyznanie, że od lat mam obsesję na punkcie Britney Spears. Wiadomości od niego stały się miłymi przerywnikami mojej dość nudnej egzystencji. Na poziomie racjonalnym zdawałam sobie sprawę, że nasz związek nie ma przyszłości. On mieszkał w innym kraju – przypominałam sobie, gdy ponosiła mnie wyobraźnia, ale... od sześciu lat byłam singielką. Nie z własnej woli. Próbowałam wszystkiego: internetu, speed datingu, randek w ciemno. Moje wysiłki szły jednak na marne. Randki albo od razu okazywały się porażką, albo przeciągały się w takie niby-związki, które trwały maks trzy miesiące. Trudno się dziwić, że tym razem bardzo chciałam, żeby intrygujący nieznajomy okazał się tym jedynym. Były jednak problemy. Iwo wysyłał sprzeczne sygnały. Pisał, że jestem „niesamowicie piękna” i sugerował, że pewnego dnia będziemy razem, a zaraz potem napomykał, że zdarza mu się lustrować kobiety w klubie. Podawał też dużo detali na temat swojej eks, do której „nadal miał słabość”. Mimowolnie spinałam mięśnie za każdym razem, gdy wspominał jej imię. Atmosfera robiła się gęsta i nie tylko ja to czułam. Iwo wpadał w szał zazdrości, kiedy w moich opowieściach pojawiał się jakikolwiek inny mężczyzna. Często zadawał pytanie, czy przypadkiem kogoś nie poznałam. A jednocześnie publicznie flirtował z innymi na Twitterze.

Problemy w związku „online” - rozwiązanie

Doszło do tego, że założyłam fałszywe konto na Twitterze, podając się za seksownego hipstera i próbowałam poderwać samą siebie, tylko po to, by Iwo był zazdrosny. Zadziałało!

Nasze dramatyczne kłótnie, dyskusje o „przestrzeni dla siebie” i analizowanie, kto kogo zranił bardziej, doprowadzały nas oboje do szaleństwa. Prawie co noc miałam problem z zasypianiem. Rano budziłam się ze ściśniętym żołądkiem i myślą, co ekscytującego czy bolesnego czeka mnie dzisiaj w związku z Iwo. Żyłam w permanentnym lęku i nie mogłam się skupić na pracy. Lekarz przepisał mi środki antydepresyjne, a moja najlepsza przyjaciółka powiedziała, że nigdy nie widziała mnie w takim dole. Miała rację. Potrafiłam rozpłakać się w warzywniaku, na spacerze z psem, podczas zajęć fitnessu i gdy usłyszałam ckliwą piosenkę o nieodwzajemnionej miłości (przy „Give Your Heart a Break” Demi Lovato łkałam na głos). W pracy czułam się mentalnie upośledzona. Nie poznawałam sama siebie. Raz na kilka tygodni rzucałam od niechcenia, że moglibyśmy spotkać się w realu, ale Iwo nie był entuzjastą tego pomysłu. Przekonanie go zajęło mi cztery miesiące (nigdy wcześniej nie spotkał się z kobietą, poznaną w sieci i był nieśmiały – tłumaczył). Oczywiście, ja też się bałam. Myśl, że stanę oko w oko z facetem, za którym szalałam online, wywoływała we mnie skurcz żołądka. Mimo to nalegałam na spotkanie. Spotkaliśmy się w mieście w połowie drogi. Zabukowałam dwa osobne pokoje hotelowe, ale w końcu wylądowaliśmy w moim. Kiedy zobaczyłam Iwo po raz pierwszy, serce podskoczyło mi do gardła. – Istniejesz naprawdę – wyjąkałam zachwycona, że jego oczy są równie zielone jak na Skypie. Szwendaliśmy się po mieście, jedliśmy pączki, bawiliśmy się w chłopaka- -i-dziewczynę. W łóżku to ja musiałam zrobić pierwszy ruch, a nasz seks był bardziej nieśmiały niż przyjemny, mimo to byłam szczęśliwa, że w końcu się spotkaliśmy. Umówiliśmy się na kolejny raz za miesiąc. I po tym drugim wspólnym weekendzie Iwo pocałował mnie namiętnie na dworcu i rozjechaliśmy się – każde do swojego życia. Tydzień później czułam, że powiało między nami chłodem. Spytałam dlaczego. Napisał: „Nie wiem, na czym stoimy i jak powinienem się zachować”. Byłam pewna, że chce deklaracji z mojej strony, więc... dostał ją. Odpisał: „Podobasz mi się, ale nie jestem gotowy na związek. Ani taki na odległość, ani na żaden inny” – napisał. Zrobiło mi się niedobrze. I zdałam sobie sprawę, że cały czas żyłam w iluzji. Jasne, wyglądało na to, że coś nas łączy, ale tak naprawdę Iwo był tylko zagubionym, samotnym facetem, na którego przelałam swoje fantazje o miłości. Nie mógł spełnić moich fantazji i nie mogłam tego dłużej ignorować. Już wcześniej dawał mi do zrozumienia, że nie jest zainteresowany związkiem, ja jednak nie chciałam widzieć sygnałów ostrzegawczych. Internetowe znajomości z reguły bazują na marzeniach i dlatego czasem łamią nam serca, gdy okazuje się, że facetowi, którego poznałyśmy online, daleko do ideału. Iwo nie był tym mężczyzną, na którego czekałam. Nie dał mi ani miłości, ani oparcia, ani poczucia bezpieczeństwa. Na takiego mężczyznę ciągle jeszcze czekam...

Sprawdź również...:

Jakie sygnały wysyła facet, kiedy jest tobą naprawdę zainteresowany?

Sekret drugiej randki - to ona pokaże z kim masz do czynienia

l
Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama