Reklama
Reklama

Dlaczego warto być spontaniczną?

Dlaczego warto być spontaniczną? fot. istock.com

Justyna Moraczewska

19marca2019

Wciąż chcesz być najlepsza we wszystkim, co robisz, mimo że życie nie wystawia ci za to świadectwa z czerwonym paskiem? Nie warto się zadręczać, tracić czas i energię. Odpuść! To prostsze niż myślisz!

W sumie robię to już automatycznie od kilkunastu lat: co wieczór przygotowuję i analizuję zestaw, który włożę kolejnego dnia. Jego dobór uzależniam od prognozy pogody (sprawdzam na wszelki wypadek na kilku portalach, żeby uzyskać możliwie najbardziej prawdopodobną wypadkową), od mojego planu dnia i ewentualnej perspektywy przeciągnięcia go do późnego wieczoru, czyli potencjalnego wypadu ze znajomymi. Co z tego mam? Dodatkowe pięć minut zaoszczędzone każdego poranka. Choć nie ukrywam, że wieczorem zajmuje mi to ponad kwadrans. Rzeczywiście, rzadko zaskakuje mnie deszcz lub nagły spadek temperatury. Ale czasem ląduję na 10-centymetrowych obcasach, po zbyt krótkiej nocy, kiedy moim jedynym marzeniem byłoby wmieszać się w tłum w najzwyklejszych dżinsach i adidasach… Czas na improwizację! Chcę przestać się męczyć i skrócić czas poświęcony planowaniu perfekcyjnych zestawów przed moją szafą. Mogę to zrobić, jeśli zminimalizuję i uproszczę jej zawartość. Postanawiam więc zostawić tylko te ubrania, które mam ochotę włożyć od razu i w których właściwie zawsze czuję się dobrze. Zaskakująco, okazuje się, że właśnie wyeliminowałam ponad połowę garderoby!

Dodatkowy profit? Po wystawieniu zbędnych ubrań na Allegro i OLX do mojego budżetu wpada niespodziewanie atrakcyjna suma. Akurat na święta. Uniwersalny charakter tego, co pozostawiłam, sprawia, że zaczynam sięgać spontanicznie po rzeczy, na które właśnie rano mam ochotę. Odkrywam, że improwizowanie mnie wyzwala. A codzienne ubieranie się zaczyna być przyjemnością radosne i choć zestawy nie zawsze pasują do warunków atmosferycznych, zawsze są adekwatne do mojego nastroju!

W KUCHNI

No dobrze, może powodem jest fakt, że tutaj nigdy nie czułam się zbyt pewnie, a przygodę z gotowaniem zaczęłam niedawno. Prawda jest taka, że nawet gotując zupę pieczarkową, trzymam się ściśle „wygooglowanego” przepisu, nie pozwalając sobie nawet na minimalne odstępstwo: cztery ziemniaki to cztery, a dwa litry wody muszą być perfekcyjnie odmierzone. O czasie gotowania odliczonym co do sekundy nie wspomnę. Efekt jest taki, że potrafię zabłysnąć, serwując całkiem skomplikowane egzotyczne dania, ale w sumie nie ma żadnej potrawy, którą mogłabym się pochwalić jako „swoją specjalnością”. Momentem zwrotnym w moim gotowaniu staje się zasłyszana historia powstania kultowego ciasta brownie. Mówi ona o bibliotekarce z Maine, pani Brown, która podczas przygotowywania czekoladowego ciasta dla znajomych, zapomniała o dodaniu do niego proszku do pieczenia, czego efektem był zupełnie płaski wypiek. Kobieta z determinacją postanowiła udawać, że wszystko jest w porządku i… goście dali się nabrać. Byli zachwyceni „nowym” przepisem. Zaczynam rozumieć, że bez spontaniczności w kuchni nie ma prawdziwej kuchni... Czas na improwizację! Nadal śledzę przepisy, ale tylko te na ulubionych blogach. To one uczą mnie zaskakujących połączeń i stosowania przypraw, których dotąd nie znałam. Przestaję kopiować przepisy jeden do jednego, ale odkrywam, że mogę je interpretować na swój sposób. Ryzykuję zastępowanie proponowanych składników swoimi propozycjami – często po prostu tym, co mam w lodówce. Nie biegnę już do sklepu po syrop klonowy wyszczególniony jako jeden z dodatków do wegańskiej zapiekanki, ale po prostu zastępuję go miodem. Kiedy więc moja pięcioletnia córka radośnie wbija pięć jajek (zamiast dwóch) do miski z ciastem na placuszki, z beztroską ciekawością wylewam zawartość na patelnię – może to kulinarne odkrycie na miarę pani Brown?

W CIĄGU DNIA

Kalendarz jest dla mnie równie cenny jak telefon i towarzyszy mi od rana do wieczora. Zawsze pod koniec dnia sporządzam listę „do zrobienia” na kolejny dzień. Dzięki temu nie zapominam o wysłaniu tekstu do redakcji, zapłaceniu rachunku za prąd, zamówieniu karmy dla kota i oddzwonieniu do przyjaciółki. Mam wszystko na papierze, ale w efekcie niewiele w głowie, bo, zapisując, zwalniam się od myślenia i pamiętania. Czasem dopada mnie refleksja, że pewnego dnia zapomnę wziąć prysznic, jeśli nie zanotuję go w kalendarzu. Moja lista to również codzienna presja, bo nie ma nic bardziej frustrującego niż kilka nieodhaczonych punktów, które znajduję w notesie, gdy zabraknie na nie dnia… Czas na improwizację! Przy porannej kawie powstrzymuję się od zerknięcia w kalendarz. Zmuszam szare komórki do pracy i wizualizuję priorytety na rozpoczynający się dzień. O tej porze mózg funkcjonuje na najwyższych obrotach, więc odtworzenie listy zadań wychodzi mi całkiem nieźle. A co, jeśli coś wypadnie mi z głowy? No cóż, sprawdzę przynajmniej, czy fakt ten będzie skutkował natychmiastowym końcem świata!

W PUNKT

Wszystko powinno mieć swój czas. Nie wiem, skąd wzięło się u mnie przekonanie, które kultywuję od lat. W poniedziałek rano najlepiej uprawiać sport, piątek wieczór to odpowiednia pora na kino, a sprzątanie zawsze w sobotę przed południem. Czy przemawiają za tym racjonalne argumenty, czy górę wzięła siła przyzwyczajenia? Chyba zapomniałam. Niezaprzeczalnie wewnętrzny głos: „To nie byłoby rozsądne” sprawia, że na drobne spontaniczne szaleństwa pozwalam sobie… niezwykle rzadko. Czas na improwizację! Postanawiam, że słowem klucz będzie „przyjemność”, ale nie chodzi o to, żeby wywrócić świat do góry nogami i zostać cały dzień w łożku z pudełkiem czekoladek. Zamierzam poddać się instynktowi i wbrew regułom, które sama sobie narzucam, od czasu do czasu, złamać kodeks. Zaczynam małym krokami: w południe podczas przerwy w pracy, zamiast odpalić Facebooka i pochłonąć miskę muesli, dzwonię do przyjaciółki: „Jeśli spotkamy się w pół drogi w tej kawiarni na rogu, zdążymy wypić razem kawę, nie zajmie nam to dłużej niż 40 minut”. Od miesiąca planowałyśmy spotkanie, ale dotąd nie znalazł się perfekcyjny moment. Wracam do pracy zdyszana i w ogóle straszny tłok w tym nowym miejscu, ale czuję się wyraźnie ożywiona. Bynajmniej nie tylko z powodu wypitej kawy. Ten krótki moment w ciągu dnia, którego nie zaplanowałam wcześniej, dał mi energetycznego kopa na resztę dnia. Postanawiam iść za ciosem. Wracając we wtorek z pracy, wchodzę do mijanego kina (pomimo że w domu czeka mnie lista zadań zaplanowanych na wieczór). Idę sama (!) na pierwszy film, który się właśnie zaczyna i chociaż nie mam pojęcia, czego się spodziewać, ogarnia mnie dreszcz pozytywnych emocji.

W BIBLIOTECE

Mam zwyczaj weryfikowania nowości literackich i zanim rzucę się na kolejny bestseller, porównuję komentarze na portalach tematycznych i w prasie. Dzięki temu incydentalnie zdarza mi się nietrafiony zakup, ale muszę przyznać, że wciąż wybieram książki do siebie podobne. Niedawno podczas dłuższej podroży musiałam zdać się na gust koleżanki, bo zapomniałam spakować cokolwiek do czytania. Nigdy nie wybieram kryminałów, ale „Syna” Jo Nesbo „połknęłam” w kilka godzin. Nagle zdałam sobie sprawę, że sama zawężałam sobie horyzonty, asekurując się przed wyborem nietrafionej książki. Czas na improwizację! Wydatek około czterdziestu złotych na tytuł, który z niesmakiem odłożę na półkę to jednak ryzyko. Od czego jest jednak instytucja, o której istnieniu kompletnie zapomniałam od czasów studenckich! Już podczas pierwszego pobytu w bibliotece przypomniałam sobie, jaką radość daje buszowanie po regałach. Postanowiłam zdać się na łut szczęścia i intuicję, opierając wybór wyłącznie na przeczytaniu wyrywkowej strony. Na wszelki wypadek wypożyczam po dwa tytuły naraz, gdyby jeden z nich okazał się klapą. Dzięki nowemu podejściu do literatury, mam szansę wyrobić sobie własną opinię na temat tego, co czytam, nie sugerując się zdaniem krytyków. Postanowiłam też, że raz w miesiącu wybiorę się do teatru, nie czytając recenzji sztuki i będę kontynuować przygodę z wypadem do kina na film, o którym nic nie słyszałam.

W PODRÓŻY

Jestem wprost genialną organizatorką wakacji! Dalekie destynacje czy weekendowe wypady za miasto potrafię dopracować do perfekcji, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Research hotelu, analiza położenia na Google Map, opinie na Holiday Check i Trip Advisor, przebieg trasy i transferów przeprowadzony z aptekarską dokładnością. Na koniec dokładna analiza prognozy pogody przez porównanie rokowań na co najmniej kilku portalach, zaczynając od polskich, a kończąc na BBC. Nierzadko moje przygotowanie do wyjazdu trwa dłużej… niż sam wyjazd. Wiem jednak, że oprócz niespodziewanej erupcji wulkanu nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć już na miejscu. Właściwie złapałam się na tym, że zamiast skupiać się na eksplorowaniu nowego miejsca, oddaję się głównie porównaniom: na ile to, co zastałam, obrazuje to, czego się spodziewałam. Mam świetne wyniki, zwykle trafiam w 90%. Nie zaskoczy mnie zamknięte muzeum (godziny otwarcia sprawdzone przed wyjazdem) ani kiepskie jedzenie (ranking knajp przeprowadzony w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od miejsca zamieszkania), za to zapomniałam chyba, czym jest ten słynny zew przygody… Czas na improwizację! OK, to naprawdę nie będzie łatwe: po raz pierwszy zaliczyć transfer, nie znając planu lotniska i, zdając się na szczęśliwy los, liczyć, że Terminal 4 nie jest na jego krańcu. Cóż, chyba każdy przynajmniej raz w życiu musi zaliczyć ekscytującą przygodę i spóźnić się na samolot…

WIECZORAMI

Lubię wiedzieć, co będę robić wieczorem, co na siebie włożyć, o której wrócę do domu… Lubię rozpocząć wieczór, wiedząc dokładnie, jak się zakończy. Jeszcze bardziej lubię mieć pewną rezerwację stolika w popularnej knajpie. Czuję, że mam wtedy kontrolę. Tylko, że spontaniczna impreza to przecież niekoniecznie nocny wypad do Sopotu, tylko po to, żeby zobaczyć wschód słońca nad morzem. To może być zawrócenie taksówki z drogi do ulubionego klubu, żeby dołączyć do znajomych, którzy wynieśli ławkę na dach i właśnie rozpoczynają nocny piknik. Czas na improwizację! Moim wzorem staje się bliski przyjaciel, Adam. Staram się rozpracować, jak on to robi, że potrafi rozkręcić najlepszą domówkę w poniedziałkowy (!) wieczór i ściągnąć wszystkich, którzy jeszcze dwie godziny temu marzyli wyłącznie o tym, żeby paść na kanapę przed telewizorem. Zaczynam od przełomowego postanowienia, że w najbliższą sobotę zamieniam obcasy na wygodne trampki, w myśl nowej zasady: „Nigdy nie wiesz!”.

W MIŁOŚCI

Wiem, że jeśli mam uniknąć rozczarowania i cierpienia, muszę dokładnie analizować, w co się angażuję. Kontrolować, trzymać emocje na wodzy, a partnera na dystans. Mam tendencję do kierowania swoim życiem miłosnym jak mikroprzedsiębiorstwem, gdzie na chłodno oszacowuję bilans zysków i strat. Przyznaję, że dzięki temu moje serce dotąd nigdy nie pękło, a z powodu rozstania nie pogrążałam się w otchłani rozpaczy. Niestety nie mam się czym podzielić z przyjaciółkami, kiedy z egzaltacją opowiadają o swoich miłosnych uniesieniach. Czas na improwizację! Freestyle w miłości zaczyna się wtedy, gdy przestajesz planować i kalkulować. W konsekwencji dajesz się ponieść historii, nie zadając pytań, czy doprowadzi cię ona do ołtarza, czy donikąd. Otwarte serce narażone jest na ból – to fakt, ale jednocześnie gotowe jest na uczucie, które uskrzydla. Liczy się to, żeby dać się ponieść na maksa, niezależnie od tego, czy to historia na jedną noc, czy na całe życie. Bo miłość to jedna wielka improwizacja!

Artykuł premierowo ukazał się w 01/2017 Cosmopolitan

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama