Reklama
Reklama

„Na wakacjach przeżyłam koszmar. Zostałam zgwałcona...”

„Na wakacjach przeżyłam koszmar. Zostałam zgwałcona...” „Miał być raj, było piekło. Na wakacjach zostałam zgwałcona...” Fot. Getty Image

Anna Majcher

10lipca2017

Najbardziej romantyczne wakacje jej życia zamieniły się w niewyobrażalny koszmar... choć jej świeżo poślubiony mąż był zaledwie kilka metrów dalej.

„Naga stanęłam przed trzema mężczyznami. Patrzyli na mnie jak na eksponat. Jeden z nich coś do mnie powiedział – nie zrozumiałam go. Ruchem ręki pokazał mi więc, że mam się odwrócić, pochylić, pokazać dłonie. Wreszcie niemo wskazał mi fotel ginekologiczny. Ostatkiem sił ułożyłam omdlałe nogi. Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć o tym, jak bardzo chcę umrzeć. Nawet nie miałam siły płakać. Raz po razie moje ciało drgało, opierając się zimnym, twardym narzędziom...

Wszystko zaczęło się pewnego czerwcowego wieczoru... Jan i ja byliśmy właśnie w podróży poślubnej. Postawiliśmy sobie za cel poznać w ciągu miesiąca wszystkie zabytki Rzymu, Florencji i Wenecji. Ostatniego wieczoru w Rzymie wybraliśmy się na kolację. Było tak cudownie, że postanowiliśmy wpaść jeszcze do baru. Grała muzyka, piliśmy drinki... czuliśmy naszą miłość.

W pewnej chwili poszłam do toalety. Gdy wychodziłam, barman właśnie mył ręce przy umywalce na korytarzu. Dobrą angielszczyzną zapytał, czy jestem zadowolona z wakacji. Nagle, w samym środku pogawędki, pochylił się, by mnie pocałować. Odepchnęłam go. „Co ty, do cholery, wyprawiasz? Mój mąż siedzi przy barze!” – wrzasnęłam. „Nie przejmuj się nim” – odparł. – „On śpi”. Z impetem wepchnął mnie do toalety. „To będzie chwilka” – po- wiedział. Byłam przerażona. Ściągnął mi spodnie, a potem zgwałcił. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Gdy skończył, wypchnął mnie na korytarz. „Zjeżdżaj!” – syknął. Nagle opadł ze mnie ten okropny paraliż i popędziłam do Jana, który spał. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby urwał mu się film. Przecież nie wypiliśmy dużo. Potrząsnęłam nim gwałtownie. „Musimy stąd iść” – krzyknęłam. Ale Jan wymamrotał coś sennie. Miałam wrażenie, że jest naćpany. W końcu jakoś wywlokłam go na zewnątrz.

Było około pierwszej w nocy. Nie pamiętam drogi do hotelu ani momentu zasypiania (nie wzięłam nawet prysznica). Jednak gdy obudziłam się rano, wspomnienia poprzedniego wieczoru zalały mnie niczym fala. Gdy Jan wyszedł z łazienki, szepnęłam: „Wczoraj stało się coś potwornego... Zostałam zgwałcona”. On stał i patrzył na mnie osłupiały. Gdy opowiedziałam mu, co się wydarzyło, powtarzał tylko: „O mój Boże. O mój Boże”. Upierał się, żebyśmy poszli na policję. Choć na posterunku potraktowano mnie delikatnie i z wyczuciem, opowiadanie całej historii na głos sprawiło, że stała się ona dla mnie jeszcze bardziej realna, poczułam każde przeklęte dotknięcie.

Wysłano funkcjonariuszy na rozmowę z gwałcicielem, którym okazał się szef baru. Twierdził, że piliśmy z inną parą i że on nic o niczym nie wie. Sprowadzono go jednak na przesłuchanie. Przekazałam do zbadania ubranie, które miałam na sobie poprzedniego wieczoru, a po pięciu godzinach pobytu na komisariacie zabrano mnie do szpitala. Nigdy nie zapomnę wzroku milczących lekarzy, którzy mnie badali...

Następnego dnia Jan i ja pojechaliśmy do Florencji. Zmuszaliśmy się, żeby chodzić i zwiedzać, ale zupełnie nam to nie wychodziło. Byłam załamana. Po czterech okropnych dniach wróciliśmy do Rzymu – tym razem w towarzystwie miejscowej prawniczki, musiałam oficjalnie zidentyfikować napastnika na podstawie zdjęć. Poinformowano nas, że akta przesłano do sądu i że jeśli sąd uzna, że są wystarczające podstawy do wszczęcia procesu, gwałciciel zostanie oskarżony i będzie wyznaczona data rozprawy. Namawiano nas, byśmy tymczasem wrócili do domu.

Wróciliśmy i próbowaliśmy jakoś żyć dalej. Rzuciłam się w wir pracy. Poszłam też na terapię, żeby jakoś sobie poradzić z tamtymi wspomnieniami. Jednak stając twarzą w twarz z tym, co się zdarzyło, poczułam się jeszcze gorzej. Bez przerwy płakałam. Jan nie chciał wspominać o gwałcie z obawy, żeby nie pogorszyć sprawy, ale jakaś cząstka mnie potrzebowała rozmowy na ten temat. Zaczęły się kłótnie, ale nawet wtedy nie przywoływaliśmy tamtego wydarzenia. Ono jednak wisiało w powietrzu. Jan próbował wspierać mnie na wiele sposobów, na przykład dowiadywał się na bieżąco, jak się mają sprawy we Włoszech. Doceniałam to, ale przekonałam się, że jedynym sposobem na poradzenie sobie z tym wszystkim jest wycofanie się i odcięcie od Jana. Coraz trudniej było nam rozmawiać.

Po dziewięciu miesiącach oczekiwania poznaliśmy wreszcie datę wstępnej rozprawy w Rzymie. Wyznaczono ją równo rok po gwałcie. Trzymaliśmy się z Janem nadziei, że sąd będzie po naszej stronie. Gwałciciel utrzymywał, że uprawialiśmy seks za obopólną zgodą.

Na szczęście gwałciciel został uznany winnym napaści na tle seksualnym oraz obrazy moralności publicznej i skazany na trzy lata więzienia. Ale wbrew pozorom to nie był jeszcze koniec. Sprawca złożył apelację a to oznacza, że według włoskiego prawa nie pójdzie do więzienia, dopóki nie zostanie ona rozpatrzona. 

Po roku, który wydawał się wiecznością, otrzymaliśmy wiadomości, że nowy skład sędziowski uznał, i nie ma wystarczających dowodów na to, że seks odbył się bez mojej zgody. Nie skazali go. Wygrał! 

Zaczęłam ostro pić. Przez gwałt i proces czułam się jak kompletne zero. Nadal kochałam Jana i wiedziałam, że on mnie kocha, ale twardo zmierzałam w stronę przepaści. Myślałam, że on będzie trwał przy mnie w moim dążeniu do samozniszczenia. Jan jednak odszedł. Powiedział, że doszło już do tego, że boi się wracać do domu, nie wiedząc, w jakim stanie będę... o ile w ogóle tam będę.

Utrata męża była jak zimny prysznic, którego potrzebowałam. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę żyć bez niego. Przestałam pić i próbowałam go odzyskać. Upierał się, że chce rozwodu, ale wciąż rozmawialiśmy przez telefon. Zapewniałam go, że się  zmienię. W końcu zgodził się przyjść i porozmawiać – od tej pory jesteśmy znów razem. A ja wróciłam do psychoterapii i coraz lepiej radzę sobie z życiem.”

Maria S.

Zobacz także: Byłam molestowana w autobusie, ale to co zdarzyło się później było gorsze...

 

 

 

 

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Uwierz, nikt nie chce przeżywać roz...
Uwierz, nikt nie chce przeżywać rozstania. To źródło głębokich, negatywnych emocji, więc najlepszym pomysłem jest skupianie się na tym, co nie przypomina o byłym partnerze. Problemem jest jednak to, że o wiele łatwiej to powiedzieć, niż zrobić. Gojenie ran wymaga czasu i cierpliwości, ale eksperci mają dla ciebie kilka rad, dzięki którym przetrwasz prawie bezboleśnie. / wszystkie fot. Getty

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama