Reklama
Reklama

Co przeszkadza facetom w łóżku i dlaczego?

Co przeszkadza facetom w łóżku i dlaczego? fot. istock.com

Marcin Klimkowski

16listopada2018

W przeciwieństwie do kobiet, my faceci nie rozmawiamy ze sobą o łóżkowych wyczynach. Nie opowiadamy sobie szczegółów technicznych i publicznie nie przyznajemy partnerkom stopni za styl w poszczególnych kategoriach. Ale to nie znaczy, że nie oceniamy kobiet w swojej głowie.

Jesteśmy bardzo zamknięci w sobie. Podczas gdy typowa pogawędka kobiet o seksie uwzględnia szczegóły, u nas tak nie jest. Dobrzy przyjaciele ograniczają się do krótkich komunikatów. „Było fantastycznie” to szczyt otwartości. Najczęściej za ewentualny pozytywny komentarz wystarcza jednak szelmowski uśmiech.

Żaden facet nie zada drugiemu pytań technicznych: ile, kiedy, jak, co, i tak dalej…

Dlaczego tak jest? Trudno powiedzieć. Być może decyduje o tym testosteron. Facet nie chce słyszeć, jak poradził sobie jego przyjaciel, bo to budzi jego zazdrość. Sam by przecież chciał. Przyczyną może być też pruderyjne wychowanie pod hasłem „O tych rzeczach się nie mówi”. Wreszcie – i to wydaje się najbardziej prawdopodobne – brak wiary. Tak jak wędkarz nie uwierzy drugiemu, jaką rybę złowił, dopóki jej nie zobaczy, tak jak kierowca nie uwierzy drugiemu, że jechał tak szybko, dopóki się z nim nie przejedzie, tak facet nie uwierzy kumplowi, że kochał się 4 godziny bez przerwy w 10 pozycjach, dopóki sam z zegarkiem w ręku tego nie zmierzy. A przecież na to nie może liczyć, więc – z zasady – nie chce tych przechwałek słuchać. Z wzajemnością.

To wszystko nie oznacza jednak, że w naszych głowach nie rodzą się oceny. Nie dzielimy się nimi między sobą, ale je wystawiamy. I – chcesz czy nie – przyznajemy „punkty”. I – chcesz czy nie – są to noty zarówno za „ogólne wrażenia artystyczne”, jak i bardziej szczegółowe: za zaangażowanie czy umiejętności. I także najbardziej szczegółowe: za ruchy bioder, wprawę w używaniu języka, dłoni, za wydawanie dźwięków, zapachy…  Tych not i punktów nie przyznajemy od razu. Idąc do łóżka jesteśmy na ogół tak podnieceni, że nie przeszkadzają nam niedociągnięcia. Zarówno techniczne, jak i fizyczne. Seksuolodzy dowiedli, że faceci nie dostrzegają wałeczków na brzuchu, cellulitów i tym podobnych bzdur, które tak stresują kobiety. Widzimy je może przedtem i potem, ale nie w trakcie seksu, ponieważ nasze mózgi są „odcięte”, skupione na tu i teraz, czyli przeżywaniu (dawaniu i braniu) rozkoszy. Za to potem, kiedy już ochłoniemy, na ogół zmieniamy się w nauczycieli. I to niestety raczej tych surowych, przekonanych o własnej wszechwiedzy. Nie zastanawiamy się, czy sami zrobiliśmy wszystko jak należy, ale analizujemy występy partnerki. No i okazuje się, że właśnie wówczas dostrzegamy rzeczy, które przeszkadzają nam w łóżku. Wbrew pozorom, nie są to sprawy aż tak indywidualne. Plus minus większość facetów (nie wszystkich) drażni to samo. Po pierwsze, w łóżku przeszkadza nam cisza. Nie ma nic bardziej deprymującego od partnerki, która milczy. Jasne, to kwestia indywidualna, powiesz. Jasne, czasami nie ma warunków, okrzyki ekstazy w sporej liczbie przypadków nie wchodzą w grę. Ale nam nie chodzi o wyśpiewywanie arii operowych, tylko o jakiekolwiek sygnały.

Niech to będą westchnienia, niech będą wypowiadane szepty, pomrukiwania, jęki, wydawane instrukcje („niżej, wyżej, mocniej, wolniej”), łkania. Ale niech będą!

Dlaczego pragniemy sypialnianych odgłosów, choć podczas seksu przytępiony mamy nie tylko wzrok, ale także słuch? Ponieważ jako faceci działamy dla poklasku. Sport uprawiamy dla medali, pracę wykonujemy dla pieniędzy, karierę robimy dlatego, żeby nas poważano. A seks uprawiamy biologicznie dla zaspokojenia popędu, ale psychologicznie dla pochwał. A dźwięk i słowa – jakiekolwiek – są tych pochwał słyszalnym dowodem. Nie znosimy też bezczynności. Kobiety leżące „jak kłody”, nieprzejawiające inicjatywy, oczekujące jedynie adoracji, niedające nic od siebie, bardzo nas deprymują, by nie powiedzieć wprost, że odrzucają. Nie chodzi o to, żeby każda gra wstępna zawierała obowiązkowe fellatio. Nie musi być też tak, że każdy stosunek ma składać się z ciągłych zmian pozycji i tempa. Seks to nie matematyka, ale namiętność. A tę wyraża się chęcią działania. Jej brak, czyli bierność, odczytujemy jako niechęć. Znużenie i zaprzeczenie namiętności. Z drugiej strony, odrzuca nas również schematyczność. Dziś o seksie pisze się dużo. Ale nie ma dla nas nic gorszego od uprawiania seksu pod linijkę albo z zegarkiem w ręku. Tyle na grę wstępną, tyle na każdą z pozycji, tyle na fellatio i cunnilingus. Potem orgazm u jednego, u drugiego, i – tadam – koniec.

Sądzisz, że tak to sobie wymarzyliśmy?

Korposeks, zawierający wszystkie „obowiązkowe” elementy, tak naprawdę nas nie interesuje, ponieważ jest bezduszny. Kropka. No i na koniec, pruderia. Wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć, niewprawne ruchy rękoma, niepewne ruchy językiem, nierytmiczne ruchy biodrami, nawet to zaczepianie zębami o różne fragmenty ciała. Tego wszystkiego można się nauczyć, trzeba tylko praktykować. Ale pruderii, ciągłego mówienia „nie”, oburzania się w łóżku na nasze propozycje, tego nie wybaczamy. Nie zrozum nas źle, dziewczyno. Nie chodzi o to, że chcemy dziewczyny, która na wszystko się zgadza. Nikt nie każe ci uwielbiać fellatio, seksu analnego, wiązania, seksu w miejscach publicznych, bluzgania w łóżku, trójkątów. Masz pełne prawo do jasnego i w zgodzie ze sobą wyrażania opinii na temat swoich preferencji. A my mamy obowiązek te preferencje szanować. Ale „nie”, wypowiadane zawsze i przy okazji prawie każdej naszej propozycji, wypowiadane z oburzeniem i dezaprobatą, naprawdę działa kastrująco. Wbija w poczucie winy, sprawia, że seksu i przejawiania jakiejkolwiek związanej z nim inicjatywy, zwyczajnie się odechciewa. Serio, nie rób nic, czego robić nie chcesz, ale nie każ nam wstydzić się, że my mamy na to ochotę.

 

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama