Reklama
Reklama

Dlaczego w związku powinnaś dawać z siebie 50%?

Dlaczego w związku powinnaś dawać z siebie 50%? fot. iStock

Anna Mierzejewska

31stycznia2019

W rzeczywistości, w której na każdym kroku atakują nas motywacyjne nagłówki w stylu: „Możesz wszystko”, robienie czegoś z 50-procentowym zaangażowaniem wydaje się być niewykorzystaniem potencjału. Ale prawda jest inna. To zabezpieczenie...

"Nie jest to dla ciebie szokujące? Dla mnie to było jak objawienie. Jakby ktoś nagle zdjął ze mnie ten olbrzymi ciężar brania na siebie odpowiedzialności za to, czy związek wypali, czy nie. Nagle powiedziano mi, że to zasadne, aby pozwolić sprawom toczyć się naturalnie. A także, że wcale nie muszę oddawać tego wszystkiego, co mam do zaoferowania. Ba, podobno wtedy mogę zostać z niczym”. Karolina po raz pierwszy usłyszała, że w związku powinna dawać z siebie 50 proc. od swojej psychoterapeutki. „Zasada 50 proc. jest prosta. Połowa jest dla niego, a druga połowa dla mnie, rozumiesz? Razem musi wyjść 100 proc. miłości. Nie mniej, nie więcej”. I choć chłodna kalkulacja wydaje się nie mieć wiele wspólnego z romantyczną miłością, równowaga powinna być zachowana. Równowaga wewnątrz samej siebie – pomiędzy tym, ile uczucia dajemy samej sobie, a ile przekazujemy na zewnątrz. Powtarzana od dawna hipoteza, według której nie można kochać prawdziwie innych, jeśli nie umiemy kochać samych siebie, wcale nie jest banalna. Jest jak najbardziej trafna i prawdziwa. 

 

Karolina zastanowiła się na głos: „Ale ja jestem jak tykająca bomba, rozumiesz? Wszędzie mnie pełno, jestem perfekcjonistką! Wiem, że jeśli ja sama czegoś nie zrobię, nikt nie zrobi tego równie dobrze. I co, ona nagle, ta lekarka, mówi mi, że ja mam dać się ponieść? Dawać tylko połowę tego gorącego serca, a resztę zachować dla siebie? Wyobrażasz sobie?”. 

No właśnie, doskonale to sobie wyobrażam. 

 

Co to znaczy dawać z siebie 50 proc.? 

Według krzywdzących stereotypów to kobiety dają z siebie więcej. Chcąc obalić te mity, do rozmowy na temat tego artykułu zaprosiłam psycholog Katarzynę Kucewicz i psychologa i seksuologa Tomasza Krasuskiego. W ten sposób zamierzałam poznać zdanie obu płci. 

Pani Katarzyna zaczęła dosadnie: „50 proc. to naprawdę bardzo dużo, a na pewno wystarczająco, żeby druga strona czuła się dobrze i żebyśmy my same czuły komfort w relacji. Większość nas jednak ma tendencje do rażącego nietrzymania się tej zasady. Ludzie inwestują w związek albo zdecydowanie za dużo, albo za mało. Jedna i druga postawa jest bardzo szkodliwa. Kiedy dajemy z siebie zbyt wiele, to nie tylko wykańczamy siebie, ale i obciążamy drugą stronę. Gdy zaś mało inwestujemy, to nasi partnerzy nie są szczęśliwi i czują się odtrąceni. Pamiętajmy, że w każdym związku obowiązuje zasada miłość – 100 proc. Jest bardzo prosta – jeśli ja daję z siebie 70 proc., to mój partner da tylko 0 proc.. Jeśli ja 

90 proc., to on 10 proc., bo suma musi się zgadzać. W praktyce oznacza to, że nie ma możliwości, by dwie strony dawały na przykład po 90 proc., bo jeśli ktoś daje za dużo, to automatycznie druga strona nie ma przestrzeni, by się wykazać, starać, by walczyć o relację. Dlatego mówi się, że 50 proc. to optymalny wkład w związek. 

 

Tomasz Krasuski potwierdza, że problem „dawania z siebie 100 proc.” przewija się bardzo często w jego gabinecie. I dopowiada: „Nie tylko w kontaktach z partnerem, ale także np. w relacji rodzica z dzieckiem lub w miejscu pracy. Zasada jest taka, że jeśli nie czujemy się dobrze ze sobą, nie będziemy potrafili uszczęśliwić innych. Dlatego w pierwszej kolejności zawsze musimy myśleć o swoim samopoczuciu”. I dopiero wtedy możemy świadomie skupić się na potrzebach bliskich osób. 

 

Gdzie więc pozostała połowa? 

Cała koncepcja wydaje się być kontrowersyjna? Wyjaśnijmy więc może, co dzieje się z pozostałą częścią naszego zapału. Katarzyna Kucewicz mówi wprost: „Pozostała połowa należy do nas samych. To czas i energia, które powinniśmy poświęcać 

na troskę o siebie, rozwijanie własnych zainteresowań i pasji, a także samorealizację zawodową. Nie dość, że stajemy się wtedy bardziej atrakcyjne dla drugiej strony, to jeszcze same czujemy się lepiej. Dodatkowo w przypadku rozstania dużo łatwiej będzie nam powrócić do równowagi. Nie będziemy mieć bowiem poczucia, że cały świat nagle wali nam się na głowę. Pozostaje wtedy jeszcze nasze 50 proc. siebie” A Tomasz dodaje: „Kontrowersyjne czy nie, chodzi o zdrowy egoizm. Kojarzy nam się pejoratywnie, a prawda jest taka, że to właśnie swoje potrzeby musimy traktować priorytetowo. Przykład? Zmęczenie po pracy. Zastanówmy się, czy rzeczywiście dbamy o to, aby mieć przestrzeń do wypoczynku. Jeśli odpowiadamy przecząco, a dodatkowo próbujemy jeszcze zaspokoić potrzeby drugiej strony ponad własne siły, możemy być pewni, że pojawią się frustracja i złość. Czyli efekt odwrotny od zamierzonego”. 

 

Co to znaczy dawać w związku za dużo? 

„Czy ja dawałam mu za dużo, i przez to on ode mnie odszedł?”, zastanawiała się Karolina. Czy w ogóle możemy mówić o „dawaniu siebie w nadmiarze”? Tomasz Krasuski zaczyna dość przewrotnie: „Po to jesteśmy przecież w związkach, aby siebie dawać. Ja bym zadał więc zupełnie inne, moim zdaniem, trafniejsze pytanie: »Czy ja o siebie odpowiednio zadbałam?«. I choć udzielenie odpowiedzi również nie należy do najłatwiejszych, prościej jest nam ocenić, czy sami dla siebie zrobiliśmy wystarczająco dużo. Bardzo często wpadamy też w pułapkę własnych oczekiwań, które nazywam »problemem z czytaniem w myślach«. Wydaje nam się, że partner powinien dokładnie wiedzieć, czego w danej chwili potrzebujemy, a to przecież wcale nie jest takie proste. Zamiast więc myśleć o dawaniu, skupiłbym się na ustaleniu, czy ja mam przestrzeń w danej relacji do przeżywania swoich emocji. A także: czy znam swoje pragnienia i potrzeby? 

I czy je realizuję? Jeśli odpowiemy twierdząco, a przy tym mamy pewność, że druga strona również dba o siebie, możemy spotkać się w połowie drogi. I wtedy istnieje szansa, że będzie nam wygodnie”. 

Kasia Kucewicz również zwraca uwagę na ten problem, bazując na pacjentkach, które odwiedzają ją w gabinecie. „Często spotykam dziewczyny, które dają za dużo, a potem bardzo cierpią, bo czują się wykorzystywane i traktowane instrumentalnie. Dawanie za dużo polega głównie na tym, że ciągle realizujemy potrzeby partnera, zapominając przy tym o swoich własnych. Jako przykład podam historię dziewczyny, która nie odwiedza swoich rodziców, bo partner oczekuje, że weekendy będą wspólnie spędzać z jego bliskimi. Albo inna znana mi historia – ona ma uczulenie na kota, ale mimo to adoptują zwierzaka, bo on uwielbia koty. To, rzecz jasna, kończy się tragicznie, jej pobytem w szpitalu, ale kota nie oddają. Ona jest bowiem przekonana, że to będzie koniec związku. Wygląda na to, że woli narazić swoje zdrowie, niż stracić miłość. Część osób na pewno jednak powie: »Przecież sama się na to godzi, to jej sprawa, więc w czym problem?«. Otóż w tym, że kobieta panicznie wręcz boi się odrzucenia, a także ma poczucie, że jeśli sprzeciwi się partnerowi, zostanie odepchnięta i skrytykowana. Zazwyczaj zbyt wiele dają te dziewczyny, które mają niską samoocenę. A także te, którym wydaje się, że zasłużą na miłość tylko wtedy, gdy poświęcą związkowi wszystko”. 

 

Po czym poznać, że rozkład sił w związku rzeczywiście nie jest równy? 

Gdy już zweryfikujemy swoje potrzeby, czas przejść do ich zakomunikowania. Tylko szczere wyrażenie uczuć i pragnień pozwala nam tak naprawdę na poprawę sytuacji. Co, jeśli jednak nadal czujemy, że to my w relacji staramy się bardziej? Tomasz wyjaśnia: „Komunikacja jest najważniejsza. Jeśli wciąż coś z siebie dajemy, nie czekając nawet na odzew drugiej strony, nie jesteśmy w stanie racjonalnie stwierdzić, czy rzeczywiście nasze potrzeby są zaspokojone, czy też nie. Są też przypadki, w których partner przyznaje, że nie potrafi spełnić oczekiwań. Wtedy należy więc wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem”. 

Katarzyna zaś kwituje to tak: „Powiem coś osobliwego. Zaangażowana po uszy osoba jest dla swojego partnera wielkim ciężarem! Musi on bowiem dźwigać na sobie świadomość, że bez niego, druga strona kompletnie się rozpadnie. Ludzie zwykle nie są w stanie tego długo znosić, więc w efekcie rezygnują z relacji. To często prawdziwe dramaty. Bardzo zakochana kobieta rozpacza, czuje, że jej partner to zimny drań, unikający bliskości. Panie w moim gabinecie notorycznie powtarzają: 

»Tak mu się poświęciłam, zrezygnowałam z życia dla niego, a on mi się tak odwdzięczył?«. Rozumiem to cierpienie i poczucie porażki. Mimo to wiem, że często takie rozstanie jest ważną lekcją dla kobiety – uczy, że ciągłe poświęcanie się to zamęczanie drugiej strony, niemożliwe do zniesienia. Kiedy na sesje do mnie przychodzą dziewczyny i twierdzą: »Zabiję się, jeśli on odejdzie«, wtedy zawsze mówię im, że brzmi to jak koniec związku. Jeśli jesteśmy uzależnione od mężczyzny, czyli nie wyobrażamy sobie życia bez niego, oznacza to, że związek jest toksyczny, a relacja chora. 

Nie ma to nic wspólnego z miłością, choć świetnie to uczucie próbuje się pod nią podszyć. Brzmi to przecież jak deklaracja rodem z Romea i Julii. Jednak patrząc psychologicznie na takie miłości jak szekspirowska, widzę uwikłanie, niedojrzałość i toksyczność, a nie wielkie uczucie. 

 

Czy „ten, kto daje mniej w związku” zawsze czuje się w nim lepiej, bezpieczniej, bardziej stabilnie? 

 

„Według mnie 50 proc., o którym rozmawiamy, jest symboliczną liczbą. Prawda jest taka, że na różnych etapach życia, potrzebujemy różnych rzeczy. Są też ludzie, którzy będą czuli się komfortowo nawet w relacji, w której (znów nieco symbolicznie) dostają 30 proc.”, przekonuje Tomasz Krasuski. Chodzi więc wciąż o to, aby zweryfikować swoje potrzeby, a potem zastanowić się, jak możemy je zaspokoić w tym związku, 

w tym momencie i na tym etapie życia. Katarzyna dostrzega jednak pewną zależność: „Niektórzy mówią, że w wielu związkach istnieje podział na osobę kochającą i tę, która daje się kochać. Faktycznie, ci, którzy dają się kochać, czują przewagę, ale na dłuższą metę to również staje się frustrujące. Takie osoby prędzej zdradzają i zakochują się w innych, bo obecny partner nie jest dla nich obiektem do zdobycia czy do eksplorowania, gdyż cały czas o nich zabiega, a często również sam nie potrafi brać. Umiejętność brania jest zaś tak samo ważna jak umiejętność oddawania się drugiej osobie”. 

 

„Bez tego nie da się być szczęśliwym?” 

...zapytała mnie Karolina, przyznając, że wcześniej wielokrotnie pytała o to samą siebie. Teraz, po odbyciu rozmów z ekspertami, koleżankami, z redakcjami i z chłopakiem, jestem mądrzejsza i odpowiedź wydaje mi się prosta: no nie da się bez tego. Z pewnością w głosie mówię więc Karolinie, że dając z siebie zbyt dużo, czyli nie patrząc na swoje potrzeby, nigdy nie będzie w stanie być szczęśliwa w żadnej relacji. Odpowiada mi na to: „Wiesz, co mówi moja terapeutka? Że nad związkiem trzeba pracować, ale nie wypruwać sobie żyły. Żegna mnie zawsze tak samo. Pyta: Pamiętasz, co masz zrobić w tym tygodniu? A ja jak mantrę powtarzam: ZADBAĆ O SIEBIE! I wiesz co? Chyba wreszcie zaczynam to robić”. 

 

Jak wprowadzić zasadę 50 proc. do swojego życia? 

 

Złota rada Katarzyny Kucewicz brzmi: „Przede wszystkim należy dostrzec siebie, a potem rozpoznać swoje potrzeby”. Dla wielu ludzi wciąż jest to nieziemsko trudne zadanie. A wystarczy tak naprawdę kilka razy odpowiedzieć sobie, czego „tu i teraz” potrzebujemy. Rozpoznawanie swoich potrzeb i nauka zajmowania się samą sobą to klucz do tego, by nie oddawać siebie partnerowi w całości. Jedyne, co trzeba zrobić, to przezwyciężyć strach, 

że jeśli damy od siebie mniej, to zostaniemy odrzuceni. Z reguły jest odwrotnie – gdy szanujemy siebie, partnerzy również doceniają nas bardziej. Moim ekspertom zadałam również inne, niełatwe pytanie, z którym jednak poradzili sobie doskonale. Co więcej, w zupełnie niezamierzony sposób udzielili niezwykle spójnych odpowiedzi, co tylko dowodzi, że zaprezentowana metoda jest jak najbardziej słuszna… 

 

Jak zakomunikować partnerowi, że nasze potrzeby nie są zaspokajane (emocjonalne, życiowe, seksualne)? W TRZECH KROKACH: 

 

Według Katarzyny Kucewicz: 

1. Najpierw musimy ZROZUMIEĆ, jakie potrzeby 

nie są zaspokajane i odpowiednio je nazwać, przemyśleć, ocenić, dostrzec, gdzie znajduje się największy deficyt. 

2. Potem warto otwarcie ZAKOMUNIKOWAĆ partnerowi, o co nam chodzi i w czym widzimy problem. Najlepiej zrobić to wtedy, gdy oboje mamy czas 

i jesteśmy wyluzowani. Taką rozmowę warto 

również zaplanować z wyprzedzeniem. 

3. I trzeci krok: ZASTOSOWAĆ w praktyce, 

czyli nie tylko mówić o potrzebach, ale i wspólnie zastanowić się, w jaki sposób możemy wcielić rozwiązania w życie. Warto wprowadzić nowe zasady, a nawet wypisać je sobie na kartce i odwoływać się do nich w chwilach kryzysu. 

 

Według Tomasza Krasuskiego: 

1. Zacznijmy od zastanowienia się nad sobą 

– w formie dialogu wewnętrznego – czego potrzebujemy i dlaczego? 

2. Warto również uprzedzić partnera, że chcemy z nim porozmawiać. Przy tym musimy wziąć pod uwagę, że on także może chcieć nam coś zakomunikować – powinnyśmy się z tym liczyć. 

3. Istotne jest również formułowanie komunikatu. Mówmy o tym, na czym nam zależy, ale unikajmy pretensji. Przykład: »Chciałabym, żebyś częściej 

ze mną rozmawiał« zamiast: »Bo ty ze mną nie rozmawiasz!«. Potem pozostaje już tylko happy end!

 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za wsparcie ekspertów podczas pracy nad tekstem. 

 

  • Tomasz Krasuski - psycholog, seksuolog, doktor nauk o zdrowiu, saskamed.pl

 

 

  • Katarzyna Kucewicz - psycholog, terapeuta, psychoterapeuta, Inner Garden Ośrodek Psychoterapii i Coachingu, Warszawa 

 

Tekst oryginalny został opublikowany na łamach magazynu Cosmopolitan; luty 2019 

 

 

 

 

Reklama
Reklama

Polecane wideo

A ty, już wiesz, że to ten jedyny?...
A ty, już wiesz, że to ten jedyny? / fot. Holiday (Columbia Pictures)

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama