Reklama
Reklama

Jak to robi Michelle Obama?

Jak to robi Michelle Obama? fot. Instagram @michelleobama

Izabela Cieplińska

12kwietnia2019

Może być inspiracją dla innych, i to na wielu płaszczyznach. Wspaniała, mądra kobieta, matka i żona. Ale w specjalnym wywiadzie przeprowadzonym przez Oprah Winfrey dla Cosmo wyznała, że jak każdy człowiek musi pracować nad swoim związkiem. I w zasadzie robi to, od kiedy poznała Baracka...

Sprawiają wrażenie doskonałych. Trzymają się za ręce, uśmiechają do siebie, żartują. Ale czy małżeństwo byłej Pierwszej Pary Ameryki wystawione na widok milionów ludzi na całym świecie może być normalne i szczęśliwe? Jak się okazuje, może, ale wymaga to sporej pracy. Michelle Obama z całą swoją wrażliwością postanowiła opisać wydarzenia i przeżycia z małżeństwa z Barackiem – obnażając swoje lęki, wątpliwości i słabości – w książce, która w ciągu tygodnia od premiery stała się numerem jeden w USA (1 egzemplarz sprzedaje się co 9 sekund!). A my, korzystając z przyjaźni innej wpływowej kobiety, Oprah Winfrey, postawiłyśmy porozmawiać z nią o trudach bycia żoną prezydenta USA, które, o ironio, łudząco przypominają zmagania każdej kobiety.

Oprah Winfrey: Wasze spotkanie opisujesz w książce tak: „Budowałam moje życie bardzo starannie, składałam, dopasowywałam wszystkie luźne i bezładne części, tak jak składa się misterne prace origami... On był jak wiatr, który zagrażał całej konstrukcji”. Na początku nie chciałaś, żeby ją zburzył.

Michelle Obama: Broń Boże, nie. O.W.: Ta część podobała mi się najbardziej, ubawiła mnie: „Pewnego razu obudziłam się w środku nocy i zastałam go wpatrzonego w sufi t. Jego profi l oświetlały uliczne światła. Wyglądał na mocno zaniepokojonego, jakby przeżywał coś bardzo ważnego. Zastanawiałam się, co to może być. Czy chodzi o naszą relację? Czy to w związku ze śmiercią ojca?. »Hej, o czym tak rozmyślasz«, wyszeptałam. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął zawstydzony. »Och«, powiedział. »Myślałem tylko o różnicy w zarobkach w naszym związku«”. M.O.: To jest właśnie mój ukochany.

O.W.: Wpuściłaś czytelników do waszego związku. Możemy przeżyć z wami chwilę zaręczyn i wiele innych ważnych momentów. Opisałaś także dokładnie największe różnice, jakie pojawiły się między wami na początku małżeństwa. Stwierdziłaś na przykład: „Zrozumiałam, że za zwrotami, które wypowiadał: »Już jadę« lub »Jestem prawie w domu« kryją się tylko dobre intencje”...

M.O.: O, tak.

O.W.: „Przez jakiś czas wierzyłam w te słowa. Wieczorami kąpałam dziewczynki, ale nie kładłam ich od razu do łóżka spać, ponieważ chciałam, żeby mogły uściskać tatę na dobranoc”. I później opisujesz scenę, gdy na niego czekasz: „On mówi przez telefon: »Jestem już w drodze, już jadę«. Ale nie przyjeżdża”. Gasisz światło. Piszesz to w taki sposób, że słyszę dźwięk włącznika.

M.O.: Byłam wściekła. Gdy bierzesz ślub i masz dzieci, twoje życie znów wywraca się do góry nogami. Zwłaszcza gdy jesteś żoną mężczyzny, którego kariera pochłania cały czas. A polityka taka właśnie jest.

O.W.: No tak.

M.O.: Barack Obama nauczył mnie, jak dryblować. Ale w jego wykonaniu, przypomina to latanie liścia na wietrze. Gdy masz dwójkę dzieci, starasz się spiąć wszystko i trzymać w ryzach. A on tylko kursuje między Waszyngtonem a Springfield, jeździ tam i z powrotem. Mój mąż posiada ten wspaniały optymizm w kwestii poczucia czasu. Zakłada, że jest go więcej niż w rzeczywistości, więc napełnia swój grafik do granic możliwości. Jest jak cyrkowiec kręcący talerzami na kijach i ta zabawa nie daje mu satysfakcji, dopóki nie ma wrażenia, że jeden z talerzy zaraz spadnie. Dlatego jako para mieliśmy wiele do przepracowania. Poszliśmy nawet na terapię, która pozwoliła nam zwycięsko przejść przez te sprawy.

O.W.: Opowiedz nam o terapii.

M.O.: Cóż, idziesz na nią z założeniem, że terapeuta pomoże ci, używając języka prawniczego, wytoczyć proces przeciwko drugiej osobie. A wcale nie o to chodzi, ale o to, jak ja definiuję moje własne poczucie szczęścia. Co takiego się dzieje, że potrzebuję wsparcia mężczyzny. I jak zbudować życie, żeby mi odpowiadało.

O.W.: Napisałaś: „Doszło do tego, że czułam się obnażona i bezbronna, gdy nie było go w pobliżu”. To niesamowite, że nowoczesna kobieta, Pierwsza Dama, przyznaje się do tego.

M.O.: Czułam się tak przez cały czas. Musiałam nauczyć się, jak wyrazić to mojemu mężowi, żeby uchwycić, czego mi brakuje w sposób dla niego zrozumiały. On inaczej pojmował odległość między nami podczas swoich nieobecności. Dorastał bez obecności mamy, chociaż wiedział, że ona jest i bardzo go kocha. Dla mnie miłość oznacza, że jesteśmy blisko siebie. Miłość to wspólny obiad, zgodność, to bycie ze sobą. Musiałam więc odrzucić swoje potrzeby i nauczyć się, jak kochać inaczej. To była ważna część mojej podróży do dojrzałości w związku. Zrozumieć, jak przejść z „ja” do „my”.

O.W.: Co było dla mnie bardzo wartościowe, i myślę, że dla każdego, kto przeczyta twoją książkę, to, że nie wprowadziłaś żadnej drastycznej zmiany do waszego życia. Zmieniłaś tylko swoje spojrzenie na to, co się dzieje. I to sprawiło, że poczułaś się szczęśliwsza.

M.O.: Tak. I głównym powodem, dla którego postanowiłam się tym podzielić, jest fakt, że razem z Barackiem uchodzimy za związek doskonały. Wiem, że istnieją #RelationshipGoals. Ale ludzie, zwolnijcie, małżeństwo bywa trudne!

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama