Reklama
Reklama

Pod namiot zimą? Zdecydowanie tak!

Pod namiot zimą? Zdecydowanie tak!
05marca2018

Przez lata bałam się zimy. Byłam wręcz przekonana, że jak wg Tadeusza Gicgiera: polskiego pisarza, poety i satyryka: „zima jest piękna do pewnego stopnia… Celsjusza". Aż do momentu, kiedy w ubiegłym roku pierwszy raz postawiłam swoją stopę na największym biwaku zimowym w Polsce.

Od tamtej pory zaczęłam sama „pchać się w objęcia zimy”. Wintercamp na Turbaczu to idealne miejsce, aby szybko przekonać się czy faktycznie turystyka zimowa to coś dla nas. Lojalnie uprzedzam to uzależnia. Ja w tym roku wracam z nową zajawką…

NA CZYM TO POLEGA?

Biwak Wintercamp to niezwykła impreza dla pasjonatów gór, którzy stawiają swoje „pierwsze kroki na śniegu”. Zimą Turbacz, tuż przy Schronisku Górskim PTTK, zmienia się w największe, śnieżne pole biwakowe w Polsce, które przyciąga pasjonatów gór. Ja spędziłam tam dwie noce, śpiąc w namiocie. Niektórzy nocowali w zbudowanych podczas zajęć jamach śnieżnych. Powstawały one pod czujnym okiem instruktorów i były bezpieczne, ale ja stwierdziłam, że namiot to wystarczające wyzwanie. Ważne: na miejsce wydarzenia można dotrzeć tylko pieszo. Pamiętaj, że wszystko co ze sobą zabierzesz, trzeba będzie wnieść o własnych siłach. Wędrówka zimą zajmuje od 2 do 3 godzin w zależności od wybranego szlaku. Ja potrzebowałam około 2,5 godziny, jak się okazało przecierając zupełnie nowy szlak. Tak, przyznaję, zgubiłam drogę. Jak się potem okazało jako jedna z wielu uczestników, ale takie wędrówki dodają tylko uroku całej wyprawie.


Fot. Największy zimowy biwak w Polsce (Turbacz).

LĘK PRZED NOWYM?

Istnieje przekonanie, że skoro jest zima to musi być zimno. Fakty mówią same za siebie, nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani i przygotowani ludzie. Ja ani razu nie zmarzłam, nawet w nocy przy temperaturze -10. Kwestia prawidłowego przygotowania i odpowiednio spakowanego plecaka. Dobra bielizna termiczna czyni cuda. Nie ukrywam, świadomość, że schronisko jest na wyciągnięcie ręki i w razie czego mogę z matą i śpiworem przenieść się na „glebę” dodała mi odwagi o wzięciu udziału w tym wydarzeniu. Na Turbaczu niemal w laboratoryjnych warunkach sprawdzisz czy to dla Ciebie, a przy tym przeżyjesz przygodę życia.


Fot. Czas na śniadanie w schronisku.

CO ROBIĆ NA MIEJSCU?

Wintercamp to przede wszystkim możliwość zdobycia wiedzy, nie tylko teoretycznej, ale przede wszystkim praktycznej. Podczas imprezy wszyscy uczyliśmy się jak przygotować się na własne wyprawy w góry, jak odpowiednio dobrać sprzęt oraz odzież na warunki zimowe. Każdy uczestnik bierze udział w 3 szkoleniach – do wyboru biwakowe, warsztaty wspinaczki lodowej, sprzętowe, skiturowe, medyczne, lawinowe. Ja tym razem zdecydowałam się na trzy ostatnie z wymienionych. Całość pobytu urozmaicona jest prezentacjami podróżników oraz spotkaniami z ludźmi na co dzień zawodowo związanymi z górami: ratownikami GOPR i członkami Polskiego Związku Alpinizmu. Wszystko po to, aby każda osoba biorąca udział w szkoleniu mogła w przyszłości uniknąć niebezpiecznych sytuacji w górach.


Fot. Uczestnicy na ścianie lodowej mają moc;).

WARSZTATY OD ŚRODKA

Ja w tym roku Wintercamp zaczęłam od szkolenia medycznego. Teoretycznie wiele razy słyszałam (no właśnie tylko słyszałam, a nie praktykowałam), jak przystąpić do udzielania pierwszej pomocy, ale szczerze w chwili zagrożenia nie jestem przekonana, że wiedziałabym jak poprawnie się do tego zabrać. Na szczęście te zajęcia zostały przygotowane tak, aby poza wiedzą teoretyczną i przydatnymi poradami, uczestnicy przećwiczyli z użyciem fantoma i defibrylatora – najbardziej przydatne i efektywne metody ratownictwa medycznego. Dowiedziałam się również, jak postępować w przypadku hipotermii oraz jak opatrywać rany przy pomocy rzeczy, które miałam w plecaku (każdy uczestnik został poproszony o zabranie plecaka spakowanego, jak na jednodniową wędrówkę).


Fot. Pozorant znaleziony podczas spaceru – musieliśmy wykazać się umiejętnościami ze szkolenia medycznego.

Niesamowita formuła zajęć sprawiła, że nie sposób zapomnieć, jak wygląda poprawna procedura udzielania pomocy. Wielokrotne powtarzane poszczególne procedury przez uczestników sprawiły, że do dziś słyszę: „Czy wszystko w porządku?”, „Jest bezpiecznie!”. „Proszę się odsunąć!”, „Magda wezwij pomoc”.

Między szkoleniami trafiłam na prezentacje sprzętu skiturowego - jednego z partnerów wydarzenia. Ekipa zarażała pasją do tego sportu, bardzo chętnie dzieliła się wiedzą. Co więcej, można było ich sprzęt testować w terenie. Było to genialnym wprowadzeniem do zajęć skiturowych. Po części teoretycznej ruszyliśmy w teren. Miałam dużo wątpliwości czy dam radę, bo zdecydowana większa część grupy jeździła na nartach. Mnie kombinacja przycisków „ski”, „walk” oraz mocowania i zdejmowania fok nieco przerażała, z uwagi na fakt, że pierwszy raz miałam na nogach takie narty. Całość grupy została podzielona na tych „raczkujących” i zaawansowanych. Jak wiadomo początki bywają trudne, już na pierwszych metrach wielokrotnie „łapaliśmy zające”. Pomimo trudności nikt nie zrażał się, a ja wróciłam „zakochana” w tej dyscyplinie. Gdzie ja w życiu błąd popełniłam, że dopiero teraz odkrywam uroki tej aktywności?


Fot.  Yes you can;) – zajęcie skiturowe w praktyce.

Moje trzecie zajęcia to szkolenie lawinowe, prowadzone przez ratowników GOPR. Podczas którego dowiedziałam się jak powstają lawiny, jak bezpiecznie poruszać się po zagrożonym terenie i poznałam metody poszukiwania ludzi zasypanych. W trakcie części praktycznej pokazano nam, jak korzystać z detektora i sondy w praktyce. Co więcej doświadczyliśmy poszukiwań zaginionego na własnej skórze, dosłownie. Na osobie schowanej w jamie sprawdzaliśmy, jak pracuje się z sondą, aby zobaczyć jak zachowuje się to narzędzie w zetknięciu z poszkodowanym.


Fot. Pozorantka w jamie śnieżnej, a my sprawdzamy jak działa sonda w praktyce.

Ponadto w ramach testu praktycznego szukaliśmy manekina zasypanego przez prowadzących, którzy na bieżąco komentowali nasze działania. Jedno jest pewne, bez wskazania lidera zaczyna wkradać się chaos. A jak wiadomo czas ma tutaj kluczowe znaczenie. Dlatego zawsze kogoś takiego wyznaczaliśmy. Taka formuła zdecydowanie lepiej się sprawdzała, także jeśli znajdziecie się w takiej sytuacji, wybierzcie kogoś, kto będzie liderem.


Fot. Otrzymaliśmy informacje, że lawina zasypała manekina. Nasz zespół robi wszystko, aby go uratować.

Najskuteczniejszą jednak metodą poszukiwania poszkodowanych są psy pracujące w GOPR. O czym mogliśmy przekonać się na własne oczy. Lukka skradła show. W kilkanaście sekund znalazła i wykopała zasypanego GOPRowca.


Fot. Obserwujemy ratownika z GOPRU wraz z jego czworonożnym partnerem w akcji poszukiwawczej.

MOJE WRAŻENIA

To był wyjątkowy czas. Wyjątkowi ludzie, wyjątkowa atmosfera i genialna dawka wiedzy. Podczas kilku dni zdobyłam kolejne doświadczenia. Miałam okazję obcować z osobami, które w górach spędziły pół życia, a to co opowiadali, można chłonąć godzinami. To był niezwykle aktywny weekend, a tak właśnie najbardziej lubię spędzać czas.


Fot. Ciało gotowe na lato powstaje zimą;)

Grupa ludzi o wspólnej pasji, spotkania z prawdziwymi autorytetami podróżniczymi, konkursy, zawody i dobra zabawa to znaki rozpoznawcze tej imprezy. Ciągle szanuję fakt, że nie wszyscy są zwolennikami zimy, zimna i śniegu. Jedno jest pewne - Wintercamp na Turbaczu to najlepsze miejsce, aby to zmienić.

Marta Fiedczak/Nature lovers

Reklama

Polecamy również

Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama