Reklama
Reklama

Co kryje podziemie medycyny estetycznej?

Co kryje podziemie medycyny estetycznej? fot. istock.com
TAGI:

Magdalena Błaszczak

01kwietnia2019

Tysiące osób w Polsce na co dzień zajmują się nielegalnie zabiegami medycyny estetycznej. Nie mają one żadnej wiedzy na ten temat. Wydaje im się, że wystarczy poczucie estetyki. W ten sposób zagrażają nie tylko zdrowiu, ale też życiu niczego nieświadomych pacjentek.

Marta mieszka w Warszawie. Jest ładną, 33-letnią blondynką, młodą mamą. Po urodzeniu drugiego dziecka postanawia o siebie zadbać i po raz pierwszy skorzystać z zabiegów medycyny estetycznej. Przez kilka dni przeczesuje internet w poszukiwaniu najlepszego miejsca. Wybór pada na gabinet w samym centrum Warszawy. Wszystko wygląda wspaniale – właścicielka ma kilkadziesiąt tysięcy obserwujących na Instagramie i setki pozytywnych komentarzy na Facebooku. Publikuje imponujące zdjęcia metamorfoz – powiększonych ust, makijażu permanentnego, lipolizy (ostrzykiwania tkanki tłuszczowej). Klientki są zachwycone, Marta również. Na pierwszej wizycie pani (nazwijmy ją kosmetyczką, nie wiemy czy nią jest, ale lekarzem na pewno nie) wzbudza w Marcie zaufanie, szybko przechodzą na „ty”. W tej sielskiej atmosferze kosmetyczka powiększa Marcie usta w bardzo okazyjnej cenie. Obie panie są zadowolone z efektu, dlatego umawiają się za trzy dni na kolejną wizytę. Podczas następnego spotkania kosmetyczka wypełnia kwasem hialuronowym dolinę łez, robi makijaż permanentny i proponuje wypełnienie lwiej zmarszczki (przestrzeni znajdującej się między brwiami), aby złagodzić rysy twarzy. Pełna zaufania Marta od razu się zgadza. Kiedy kosmetyczka wbija igłę w czoło, Marta czuje ogromny ból. Kosmetyczka ze stoickim spokojem informuje, że doszło do krwawienia, bo wbiła się w naczynko, dlatego powstanie siniak. Zapewnia, że to się czasem zdarza i jest zupełnie niegroźne, nie ma żadnych powodów do zmartwień. Maskuje swojej klientce sine czoło podkładem i odsyła do domu. Po powrocie ból ostrzykniętej partii twarzy nie pozwala Marcie normalnie funkcjonować. Czoło strasznie boli i puchnie w oczach, do tego dochodzą mdłości. Bezradna dzwoni i pisze SMS-y do kosmetyczki, bo nie wie kompletnie, co ma dalej robić. W odpowiedzi słyszy, że ma zaczekać osiem dni – tyle czasu potrzeba, aby wszystko się zagoiło. Jednak przeraźliwy ból sprawia, że Marta całkowicie traci apetyt, czuje się tak źle, że nie ma siły opiekować się córeczkami. Przeczesuje internet w poszukiwaniu pomocy i wyczytuje, że może kosmetyczka wbiła jej się w tętnicę i doprowadziła do martwicy skóry. Wysyła SMS-em takie pytanie, załączając aktualne zdjęcie. W SMS-ie zwrotnym czyta, że na czole nie ma żadnej żyły i tym bardziej tętnicy, a na zdjęciu nie widać ropy, więc wszystko jest jak najbardziej w porządku. Marta prosi o wizytę, żeby zostać obejrzaną. Niestety kosmetyczka zbywa ją – najpierw twierdzi, że jest w trakcie przeprowadzki, później, że wyjeżdża na wakacje. Ponieważ pokrzywdzona klientka wciąż dzwoni i pisze, kosmetyczka ma jej dosyć i proponuje, że jeśli jej się coś nie podoba, może ją podać do sądu. Śmieje się, że to i tak na nic, bo nawet jeśli wyrok zapadnie, to będzie musiała na niego zaczekać pięć lat. Bezradna kobieta zgłasza się do warszawskiego szpitala przy ulicy Koszykowej. Lekarze pytają, jaki preparat został użyty podczas zabiegu, aby mogli podać odpowiedni środek, który go rozpuści. Kosmetyczka milczy jednak jak grób, nie udaje się ustalić, co tak naprawdę wstrzyknęła w czoło klientki. Z ogromną opuchniętą blizną zajmującą prawie pół czoła (od przestrzeni między brwiami, aż do linii włosów) Marta udaje się do Kliniki Dermatologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA. Tam trafi a pod opiekę Piotra Sznelewskiego, lekarza medycyny estetycznej, który zajmuje się nią do dzisiaj.

Co się naprawdę wydarzyło?

Pomiędzy brwiami znajdują się bardzo ważne tętnice: tętnica nadbloczkowa lewa i nadoczodołowa. Każdy lekarz, który wykonuje zabieg, wie, że ostrzykując te miejsca, musi być bardzo ostrożny. Część lekarzy w ogóle rezygnuje z podania preparatu w te okolice, uważając to za zbyt niebezpieczne. „Kosmetyczka nie miała tej podstawowej wiedzy z zakresu anatomii prawidłowej, ani anatomii klinicznej. Co to znaczy? Podczas zabiegu lekarz wie, gdzie powinno znajdować się naczynie, ale wie też, że każdy człowiek się różni i może być ono w nieco innym miejscu. Cały czas podczas zabiegu obserwuje skórę i reakcje pacjenta – czy skóra nie bieleje, czy nie ma krwawienia, czy pacjent nie narzeka na ból. Marta bardzo narzekała i krwawiła. W tej sytuacji lekarz natychmiast przerwałby zabieg i od razu włączył leczenie hialuronidazą. Dzięki temu nie doszłoby do martwicy skóry i dziewczyna nie miałaby dużej blizny na twarzy do końca życia” - powiedział Piotr Sznelewski. W szpitalu MSWiA skierował on pacjentkę na specjalistyczne badania okulistyczne i neurologiczne, żeby sprawdzić czy nie ma ma poważniejszych powikłań. Bo Marta miała szczęście w nieszczęściu. Podanie nieprawidłowo wypełniacza w okolicach czoła może zakończyć się nawet ślepotą. Doszło „tylko” do martwicy, ponieważ kosmetyczka nie dość, że wbiła się w tętnicę, to jeszcze uspokajała pacjentkę, że wszystko jest OK. Nie włączono leczenia w odpowiednim momencie, a powinno się to odbyć w ciągu 2–3 godzin od zabiegu, maksymalnie do doby. W przypadku Marty stało się to dopiero po ponad 80 godzinach...

To się dzieje codziennie...

Jak to w ogóle możliwe, że kosmetyczki i linergistki bawią się w lekarzy? To przerażające zjawisko jest niestety bardzo popularne w dużych miastach. Więcej: te osoby czują się zupełnie bezkarne i śmiało reklamują swoje pseudomedyczne usługi w internecie. Bardzo łatwo je znaleźć –wystarczy wpisać np. w wyszukiwarkę na Instagramie hasztag #medycynaestetyczna lub ikonkę strzykawki. Oczywiście w wynikach wyszukiwania jest dużo profili lekarzy i klinik medycyny estetycznej, ale też sporo dziewczyn władających igłą bez żadnej wiedzy. Wydaje im się, że wystarczą do tego tylko zdolności manualne. Jak mówi dr n. med. Joanna Kuschill- -Dziurda, lekarz medycyny estetycznej: „Im więcej człowiek wie na temat anatomii twarzy i ewentualnych powikłań, tym większy czuje respekt podczas zabiegu, jest pokorny i mniej odważny. Im ktoś wie mniej i kompletnie nie zna anatomii, tym śmielej i bezmyślniej ostrzykuje”. Sprawdzam, jak to działa. Wpisuję na Instagramie hasztag #medycynaestetyczna i wybieram pierwszy z brzegu gabinet kosmetyczny na warszawskiej Pradze. Prowadzi go imponująco piękna dziewczyna z nienaturalnie długimi włosami, paznokciami i wielkimi ustami. Ponad 10 000 obserwujących i oczywiście hasztagi: #metamorfoza, #zastrzykiupiększajace, ikonka strzykawki. Dojeżdżam na miejsce i wchodzę do salonu, w którym wykonuje się manicure. Wita mnie kobieta, która wygląda jak mocno przechodzona lalka Barbie (ach te filtry na Instagramie!). Jej wygląd nie ma nic wspólnego z naturą. Pytam o możliwość powiększenia ust, choć wcale małych nie mam. Patrzy na mnie ze zrozumieniem i kiwa głową: „No sporo by tu się kwasu przydało! Nawet 2 mililitry! Znalazłam właśnie dziewczynę z Ząbek, postanowiłam ją podpromować, bo do tej pory ostrzykiwała tylko w swoim mieszkaniu, prywatnie jakby. A ja tu spory salon mam!”. I dodaje, puszczając mi oko: „Długo szukałam, bo wie pani, chodzi o to, żeby efekt był bardzo naturalny”. I wydyma usta, które wyrastają spod nosa i wyglądają, jakby przez ostatnie kilka godzin były zassane w butelce po mleku. Na moje pytanie, gdzie będą wykonywane zabiegi odpowiada, że w pokoju do pedicure’u: „Wie pani taki fotel mam, że się rozłoży i będzie wygodnie!”. Test numer dwa. Dzwonię do dziewczyny, która ostrzykuje usta z dojazdem do klientki (to taka jakby mobilna medycyna estetyczna). Okazyjna cena: zaledwie 500 zł. Na pytanie, czy dojedzie w okolicę Nadarzyna, mówi, że bez problemu. Była już tam wiele razy. Pytam, czy jest lekarzem. Bez skrępowania mówi, że nie, ale widziała, jak to lekarz robi, a poza tym ma tyle zadowolonych klientek, że wciąż wracają i polecają ją innym. Pytam, czy mam przygotować jakoś pomieszczenie, w którym będzie ostrzykiwała mi usta? Czy powinna to być łazienka? „A to od pani zależy, byleby pani było wygodnie, może być i na kanapie w salonie’” – odpowiada ciepło.

Miejsce jest ważne

Tymczasem zabiegi medycyny estetycznej mogą być wykonywane tylko w gabinecie zabiegowym. Odpowiednio przygotowanym, w którym są wszystkie powierzchnie zmywalne, który został odebrany przez Sanepid. W takim, w którym pod ręką jest adrenalina i sprzęt do reanimacji na wypadek wstrząsu anafilaktycznego. W którym jest enzym hialuronidazy, aby nie dopuścić do martwicy skóry lub innych powikłań. W którym leki (np. botoks) są przechowywane w odpowiednich warunkach chłodniczych, aby były skuteczne. Gabinety kosmetyczne nie są zazwyczaj gabinetami zabiegowymi. Ostrzykiwanie w innych warunkach (a zwłaszcza na kanapie, na której wiele godzin spędza też mój pies) jest ryzykowne dla zdrowia. Ryzykujesz infekcjami nie tylko skórnymi, ale też ogólnoustrojowymi: zakażeniem wątroby typu B, C, wirusem HIV. Jeśli korzystasz z usług osoby, która działa mobilnie, z dojazdem do klienta, możesz jej już nigdy nie znaleźć, jeśli zabieg się nie powiedzie (może przecież zmienić numer telefonu). Trudno ci będzie uzyskać jakieś odszkodowanie. Lekarze medycyny estetycznej płacą natomiast specjalne polisy. Gdyby zabieg się nie powiódł, jesteś ubezpieczona do kwoty 100 000 euro. Między innymi z tego też powodu zabiegi medycyny estetycznej wykonywane przez lekarzy są znacznie droższe, niż te wykonywane przez kosmetyczki. Płacisz nie tylko za wstrzykiwany preparat, ale też za ich lata nauki, doświadczenie, wiedzę, ubezpieczenie, stworzenie takich warunków do wykonywania zabiegu, które nie zagrażają zdrowiu i życiu. Lekarz zawsze poinformuje cię, jakiego preparatu użył. Kosmetyczka, jak widać na przykładzie Marty – niekoniecznie. Trudno potwierdzić jakość preparatów, które są używane do zabiegów i ich działania. Jakiś czas temu był przypadek kwasu hialuronowego sprowadzonego z Chin, który miał domieszkę silikonów. To bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Jak w ogóle leki, takie jak botoks oraz wypełniacze trafiają do kosmetyczek? Przecież są one kierowane tylko do lekarzy, a botoks jest lekiem na receptę. Wszystko można kupić w internecie! Na znanej aukcji internetowej bez problemu wyszukałam i kwas hialuronowy do ostrzykiwania, i kaniule, i igły... Mówi się też, że część lekarzy traktuje nielegalne odsprzedawanie kosmetyczkom takich produktów jako sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy.

Jak wybrać odpowiednie miejsce?

Przede wszystkim sprawdź, czy dana osoba figuruje w Centralnym Rejestrze Lekarzy. Możesz również poprosić lekarza o dyplomy i certyfikaty uprawniające do wykonywania zabiegów. Szukaj specjalistów w gabinetach medycyny estetycznej, gdzie są gabinety zabiegowe, a nie w gabinetach kosmetycznych. Te ostatnie nie dbają nawet o odpowiednią utylizację odpadów medycznych... Marta postanowiła głośno o tym mówić i latem tego roku opowiedziała o swojej historii w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2. Co możesz zrobić, gdy staniesz się kolejną ofiarą oszpecenia, tak jak ona? Na początek możesz wezwać kosmetyczkę do zapłaty drogą polubowną. Za zabieg i odszkodowanie za wszystkie szkody (psychiczne i fi yczne). Jeśli to nie wyjdzie, pozostaje tylko proces sądowy. Powinnaś udać się do prawnika i zadbać o ślady, które wskazują na to, że zabieg miał tam miejsce (na przykład rachunek lub wyciąg z karty kredytowej, wymianę maili lub SMS-ów). „Polskie prawo chroni zdrowie konsumentów i pacjentów, włącznie z zapisem konstytucyjnym (art. 76. Konstytucji RP). Każdy, kto wykonuje iniekcje estetyczne i nie posiada uprawnień do przeprowadzenia natychmiastowej terapii możliwych powikłań (m.in. z użyciem hialuronidazy, glikokortykosterydów, adrenaliny, antybiotyków itp.), popełnia przestępstwo opisane w Kodeksie Karnym: art. 160. § 1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Każdy, kto będzie prowadził wyżej opisaną działalność, po zapoznaniu się z niniejszą informacją, popełnia przestępstwo w sposób umyślny” - mówi Piotr Sznelewski. Marta skierowała sprawę do sądu. Jej adwokat, pani Magdalena Krawczak, poinformowała mnie w mailu, że: „Wskutek przeprowadzonego zabiegu moja Klientka doznała poważnych uszkodzeń ciała. Prowadzona przeze mnie kancelaria, w imieniu poszkodowanej, wystąpiła na drogę postępowania cywilnego. Obecnie oczekujemy na decyzje procesowe Sądu w tej sprawie”. Martę czeka długie i bardzo bolesne leczenie. Jak skuteczne – jeszcze nie wiadomo. Piotr Sznelewski mówi, że na to najskuteczniejsze niestety za późno. „Pozostały terapie reologiczne, które mają uratować skórę, na ile się da. Później lekarze zastanowią się nad odpowiednimi metodami korekcji, na przykład za pomocą tkanek autologicznych, czyli komórek macierzystych uzyskanych z tkanki tłuszczowej lub przeszczepu skóry”. Kosmetyczka, która oszpeciła Martę, nadal przyjmuje klientki w samym centrum Warszawy

l
Reklama

Polecamy również

Skomentuj
Reklama
Reklama
Reklama

Najpopularniejsze

Reklama